niedziela, 25 sierpnia 2013

Siedemnaście

Pewnie gdyby cofnęli ją w czasie o te kilkadziesiąt dni, po takiej nowinie na jej twarzy wykwitłby cwaniacki uśmiech. Żadnego ze swoich klientów nie lubiła, ale tylko Kadziewicz przyprawiał ją o białą gorączkę. Bynajmniej nie swoimi popijawami i uzależnieniem od używek. Raczej mniemaniem, że może mieć każdą, wliczając w to ogromne grono i ją. Z chęcią na dzień dobry, tak za nic wypróbowałaby na nim wszystkie opanowane do perfekcji sztuki walki. Z przyjemnością przewiesiłaby jego przeszło dwumetrowe ciało na jednym ze sznurków wegetujących na balkonie. Wtedy nie mogła. A teraz nawet by tego nie chciała. Stał się jej zupełnie obojętny. Może jego osoba w jej głowie już wkraczała na teren tej delikatnej sympatii?

- Wszystko w porządku? - zmaterializował się w korytarzu od razu po solidnym trzaśnięciu drzwiami ze strony Lukrecji.
- Dlaczego pytasz? Znowu włączył się w tobie troskliwy wujaszek? - warknęła, powstrzymując ręce przed wystrzeleniem ich w kierunku twarzy Łukasza.
- Wychodzisz z domu tak po prostu i w ogóle nie zważasz na to, że w tym samym czasie mógłbym roznieść pół Olsztyna w dym, że już o całkowitym milczeniu nie wspomnę.
- Jesteśmy znajomymi, abym ci się ze wszystkiego zwierzała?
- Wspólne mieszkanie cię do tego nie obliguje?
- Najwidoczniej nie. Mnie i tak tu nie będzie za kilkanaście godzin, więc nie muszę zmieniać przyzwyczajeń.
- Jak to cię, kurwa, nie będzie?!
Nie odpowiedziała. Ze wzrokiem wbitym w jego osobę wyminęła go, kierując się do swojej klitki. Jeszcze kilka kroków i by jej nie złapał. Jeszcze kilka chwil, a całe życie żyłby w nieświadomości, dlaczego z dnia na dzień odeszła.
- O tym też nie możesz mnie poinformować? - zacisnął silniej dłoń na nadgarstku blondynki. I szczerze się zdziwił, że nie zrobiła tego samego z kręgami szyjnymi jego kręgosłupa.
- Ale o czym? Nie potrzebujesz już ochroniarza. Zmieniłeś się i wierzę, że nie wrócisz na wcześniejsze tory.
- Trener by mi o tym powiedział na treningu.
- Może jeszcze nie zdążył?
- A może ty kłamiesz?
Piorunujące spojrzenie prosto w jego zielone tęczówki. Rozchylone ze wściekłości usta, szybciej pulsująca krew, wzrastające produkowanie adrenaliny. I to cholernie ciężkie powstrzymywanie swoich kończyn.
- Zarzucasz mi kłamstwo?! - dłoń wyrwana z uścisku i lądująca na jego klatce piersiowej, wywołująca jego przemieszczenie w tył. - Próbujesz mi wmówić, że cię oszukuję?!
- Lukrecjo, spokojnie - przerażenie rosnące w jego oczach. Satysfakcja z jej strony.
- W dupie mam spokój! - nie dała rady i chorobie, i sile fizycznej. Wepchnęła go na kanapę, uderzając z pięści w jamę brzuszną. Nie zważała na bolesność i możliwe uszkodzenia takiego ciosu. - Za kłamstwo również uznasz fakt, że ciężko choruję?! Markuję cię, mówiąc, że choroba jest nieuleczalna?! Finguję, kiedy ci powiem, że przez dwa lata byłam związana z drugoligowym siatkarzem, który zostawił mnie ze względu na moją pracę, uznał, że jestem zapatrzoną w siebie i swoje mięśnie wariatką, a o zerwaniu poinformował dzięki pierdoleniu jednej z miejscowych kosmetyczek?! Wciąż, kurwa, kłamię, prawda?!
Zamurowało go. Szok rósł po każdym wykrzyczanym przez nią pytaniu, kumulując się przy ostatnim. A potem przeszedł w typowe współczucie. Nie tyle po jej przeżyciach i wyrzuceniu ich z siebie z szybkością karabinu maszynowego. Raczej po widoku kilku łez spływających po jej policzkach i kopaniu wszystkiego, co tylko nasunęło się jej pod stopy. Nawet otępiały ból utemperował swą intensywność.
- Luki, przykro mi, ja o niczym nie wiedziałem...
- A skąd byś mógł?! - znów krzyk, tym razem bardziej płaczliwy. - Miałabym dzielić się swoimi problemami z byle kim, z osobą pod moją ochroną?!
- Proszę cię, uspokój się.
- Myślisz, że to takie łatwe?! - kolejny obraz lądujący na podłodze, kolejne uderzenie pięścią w ścianę. - Nie panuję nad tym, tak ciężko to pojąć?! Pląsawica Huntingtona cokolwiek ci mówi?!
- Niewiele.
- To się ciesz. Ciesz, że masz o niej niemal zerowe pojęcie. A tym bardziej ciesz się, że się z nią nie zmagasz!
- Zawsze mogę. Tyle że nie w swoim ciele.
Nie było mu łatwo. Ale chęci zawsze przezwyciężają poziom trudności. Po chwilowym tarmoszeniu się zamknął jej obie dłonie w uścisku i przyssał się do jej warg. Nie oponowała. Chciała tego. Przynajmniej tak odbierał jej niekontrolowane ruchy. I raczej wcale niewywoływane przez chorobę.
Smakował jej ciepłych i wilgotnych ust, badał strukturę wnętrza jamy ustnej, bawił się jej językiem. I to ze wzajemnością.
Nie powstrzymał jej. Nie dał rady z jej mocą przy wyrywaniu rąk z jego dłoni. Jednakże wcale się nie bał, że za kilka minut wyląduje na OIOMie. Nie musiał. Bo ona nie miała zamiaru go skrzywdzić. Wplotła palce w jego włosy. Już nawet nie przeszkadzało mu wyrywanie ich co jakiś czas wraz z cebulkami.
- Zrób to ze mną, zanim do reszty zeświruję i zrobię ci porządną krzywdę.
Nie musiała drugi raz zmuszać swoich strun głosowych do drgania i przez to wypowiedzenia tej frazy. Nie musiała powtarzać. Jemu to nie było potrzebne. Nigdy.
Rozbierał ją powoli, subtelnie pozbywając się ubrań okrywających jej ciało. Całował każdy jego skrawek, nie pomijając tych najwrażliwszych. Stymulował jej szyję i łopatki. Wytyczał palcami swoje prywatne szlaki. A potem wziął ją w swe posiadanie, rozkoszując się ciepłem i rozpychaniem jej wnętrza. Kochał ją rytmicznie, zdecydowanymi, ale nie brutalnymi ruchami, bez przerwy wpatrując się w jej rozszerzone źrenice i rozchylone od charakterystycznych jęków wargi. Nie śpieszyło mu się w sprawianiu obojgu przyjemności. Ale jej chyba tak. Bo po pierwszym spełnieniu sprzedała mu szybkiego liścia i zupełnie naga zwiała do siebie.
A on w ogóle nie żałował.
***
 wybaczcie, musiałam taki fragment tu wpleść, żeby się to wszystko jako tako trzymało kupy.
reszta będzie do zera ogolona z takich scen, skupię się na czymś zupełnie innym.

tęsknię za laptopkiem, bo od telefonu oczy mi parują.
jeszcze tylko jeden dzień.

nowości na Kubiaku, Żygadle i bliźniaczkach.

niedziela, 18 sierpnia 2013

Szesnaście

Wizualnie nie kontaktował jeszcze przez kilka minut. Nadal widział przed oczami furię wymalowaną na twarzy Lukrecji, zdezorientowaną minę Dominiki i jej mienie lądujące za drzwiami, obraz po babci bliżej spotykający się z podłogą. Gdzieś tam z boku wyłapał również i drugą wyimaginowaną wersję siebie, swoje chwilowe zażenowanie i delikatnie rozbiegane spojrzenie. Do końca nie przetrawił tego, co kilkaset sekund temu miało miejsce - w którym momencie poniosła i jego, i ją chwilowa ekstaza, kiedy blondynka weszła do pokoju i zobaczyła tę obrzydliwą dla niej scenerię, dlaczego aż tak brutalnie, bez krzty łagodności - choć pewnie na nią nie zasługiwała - uświadomiła Dominice, że nie jest tu mile widziana, ona i jej nie do końca okryty przed spodenki tyłek. Jednak żalu do Śmiglewskiej nie miał. Miał go sam do siebie. Żal usprawiedliwiający szczeniacką głupotę i dawne uzależnienie.
Ciężko mu było zważać na rosnące w siłę granice prywatności. Obiecał sobie, że po numerze ze zmaterializowaniem się w damskiej toalecie nigdy w życiu nie uczyni czegoś z podobnego pokroju. I znów musiał tę obietnicę złamać. Tym razem nie dlatego, że Luki zniknęła mu na stałe z pola widzenia. Raczej ze szczerej troski, uczucia mu tak od hen wieków nieznanego. Bo jak mógł normalnie omijać jej pokoik szerokim łukiem i patrzeć jedynie na drzwi, skoro jej zachowanie nie podchodziło pod definicję normalności?
- Mogę wejść? - włożył głowę w szczelinę powstałą dzięki uchylonemu frontowi.
- Po co? - nawet nie podniosła na niego wzroku. Wymruczała to pytanie z ustami przyklejonymi do poduszki. - Nie przeproszę cię za wypieprzenie tej cizi na korytarz.
- Nie musisz. To raczej ja powinienem cię przeprosić.
Machinalnie, choć trochę niemrawo, podniosła się do pozycji siedzącej, aby mógł się przysiąść. Dopiero teraz zauważył jej spojrzenie jak przez mgłę, koślawy uśmiech i subtelne kolebanie się na boki. Bo o odorze alkoholu chyba nie trzeba wspominać?
- Piłaś? Dlaczego?
- To chyba nie twoja sprawa, prawda? - wysyczała przez zęby, mimo iż i tak nadała swej wypowiedzi pijacki ton.
- Dobrze, nie wnikam - uniósł obie ręce w geście poddania.
- A wrócisz w końcu do sedna? Nie wiem, jak długo i moja głowa, i mój żołądek wytrzymają na siedząco.
- Może się jednak położysz?
Przewidywał, że tego nie uczyni. Czuł, że zgodzenie się z jego zdaniem to dla niej jakby osobista porażka. A mimo wszystko to zrobiła. Nawet z malutkim bonusikiem. Już nie musiał ćwiczyć karku, aby na nią spojrzeć. Czerep blondynki na jego kolanach znacznie mu to ułatwił. Przynajmniej jej widok. Ze szczerym wywodem mogło być już gorzej.
- Więc?
- Przepraszam, że tak wyszło. Naprawdę tego nie chciałem, to testosteron podyktował mi warunki. Uwierz, że facet z abstynencją od przygodnego seksu, mając taką okazję, potrafi zamienić się w maniakalne zwierzę. Pewnie gdyby nie wepchnęła mi się na chama do mieszkania i mnie nie sprowokowała, nie byłoby całej sytuacji. Przepraszam. To się więcej nie powtórzy.
- Ale ja wszystko rozumiem, Łukaszu, i doskonale wiem, że moja nieobecność w domu tylko to wszystko podsyciła. Nie rozumiem tylko jednego.
- Czego?
- Kiedy nauczyłeś się przepraszać?
- Wieku temu. Zdobyłem tę umiejętność wraz z inną umiejętnością.
Nie pytał o pozwolenie. A może raczej liczył na to, że w stanie nie do końca dobrego kontaktowania ujdzie mu to płazem? Tak po prostu wziął ją w ramiona i pocałował, mimo posmaku alkoholu na jej wargach, już nie wspominając o wnętrzu jamy ustnej. Nie protestowała nawet w sytuacji, kiedy przejechał językiem po rządku jej górnych zębów. Wręcz przeciwnie. Po części się zaangażowała. Jej język błyskawicznie współgrał z jego językiem, usta tak idealnie dopasowały się do jego ust. Miał to swoje prywatne niebo. Przez chwilę. Bo ręka ześlizgująca się na pośladek musiała wszystko zepsuć, oderwać oboje od chwili przyjemności.
- Wybacz, Kadziewicz, ale ja nie jestem jak ona. Nie pozwolę drugi raz bawić się swoim kosztem przez kolejnego dwumetrowca - mruknęła z przekąsem i walnęła się na łóżko. A on aż do czasu jej cichego posapywania zastanawiał się, co miała znaczyć końcówka wypowiedzi.

- Lukrecjo, proszę cię, powiedz, że to, co usłyszałem dzisiaj od twojego lekarza, to nieprawda.
Nawet kac i otępienie nie wyrzuciły słów szefa z jej huczących myśli. Wiedziała, że wizyta w jego gabinecie nie będzie rozkoszą. Ale nie sądziła, że tak prosto z mostu dotknie jej aktualnie najczulszego punktu.
- Mam kłamać? - uśmiechnęła się cynicznie, w abstrakcyjny sposób trzymając się za nadgarstki. Nigdy nie wiadomo, kiedy straci nad dłońmi panowanie i wyrżnie byle komu w sam środek twarzy. - Tak jak kłamał mój ojciec?
- Nie powiedział ci, że choruje na Pląsawicę i bardzo prawdopodobne, że otrzymałaś ją od niego w genach?
- Najwidoczniej pominął tak ważny fakt.
- Przecież tę chorobę da się zauważyć.
- I pewnie by tak było, gdybym ojca nie widziała jedynie w wypadkach, kiedy w nocy zachciało mi się pić mleka. Tylko o tej porze w ciągu doby gościł w rodzinnym mieszkaniu.
Milczenie. Milczenie z jego strony. Intensywne przewracanie kartek, analizowanie ich treści, współczujący wzrok na jej osobie.
- Twój ojciec był nadzwyczaj spokojnym człowiekiem, nawet Pląsawica nie wstrząsnęła nim aż tak potężnie.
- A co to ma do rzeczy?
- Doskonale wiesz co, Lukrecjo. Twój charakter już wcześniej należał do grona tych cięższych, potrafiłaś znokautować współpracownika za zjedzenie jogurtu. Nie możesz pracować wśród tylu ludzi, a tym bardziej przebywać z nimi niemal dwadzieścia cztery godziny na dobę.
- Co to znaczy?
- To znaczy, że panu Kadziewiczowi trzeba będzie znaleźć nowego ochroniarza.

***
No, to zaczynamy chyba moje ulubione fragmenty.
Choć do końca się nie zbliżamy, co to, to nie.

O następnym NIE POINFORMUJĘ, laptop w naprawie.
Dodam opis na gadu w telefonie. 

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Piętnaście

Szok. Niedowierzanie. Rozrywający, mentalny ból. Wszechogarniająca rozpacz. Brak jakichkolwiek pozytywnych emocji. Zero zrozumienia dla tajemnicy ojca. Wyrwana siłą neutralność do zdrowia. Do zbliżenia wielu ludzi z tymi uczuciami potrzeba dni, miesięcy, lat. Jej wystarczyło kilka sekund.
Zatkała niewidzialnymi wacikami dopływ jakichkolwiek dźwięków do błony bębenkowej. Zignorowała. Wszystko. Współczujące słowa powiązanego z jej rodziną i pracą lekarza, prośby o nieprzebywanie w pomieszczeniach z mnóstwem ludzi, jakby nagle miały ponieść ją emocje i ogarnąć niekontrolowane ruchy ciała, porady na temat ograniczenia godzin pracowania, a najlepiej zminimalizowanie ich do zera. Nic nie słyszała, chyba wyrwana z zupełnie innego świata, świata, który wcześniej barwił sam siebie pozytywnymi kolorami, jedynie czasami pozwalając wkraść się szarości. Wystarczyło jej te kilka pierwszych słów - tego nie da się wyleczyć, na to nie ma zwalczającego wszystkie objawy leku.
Płakała. Pierwszy raz od czasów przedszkola, kiedy to nie mogła nikogo nakryć przy zabawie w chowanego. Wyła z bezsilności, obracając w dłoniach buteleczkę tabletek łagodzących przychodzącą z czasem depresję. Wszystko zniknęło, tak nagle. Satysfakcja z posady, poniekąd zabawa w kotka i myszkę z Kadziewiczem, wspomnienia sprzed kilkunastu miesięcy, nawet otępienie i trzęsące się jak galaretka dłonie. Została tylko ona. Ona i choroba.
Wiedziała, że nie powinna. Wiedziała, że gdyby szef dostał info o jej ekscesach, na dzień dobry przydzieliłby Łukaszowi kogoś innego, mimo iż od teraz będzie miał powód do pozbycia się jej z mieszkania siatkarza o większym i niebezpieczniejszym zakresie. Wiedziała, że jej miejsce w tym momencie nie obejmuje baru, który w takim stanie powinna omijać szerokim łukiem i dostawać mdłości na widok walących po oczach szyldów, tylko te cholerne siatkarskie cztery kąty.
Ale i wiedziała, że w inny sposób nie zapomni, nie wymaże tego wszystkiego ze swojej pamięci. Przynajmniej na chwilę.
- Niech pan leje więcej - bełkotała, już nieźle zaciągając po pijacku, w końcu zaprzestając zabawy z opakowaniem medykamentów.
- Jest pani pewna? - widziała w jego oczach zawahanie. - Może pani chce, ale wygląd i czyny mówią coś innego.
- Nie dyskutuj, tylko, do cholery, lej!
Cztery szklaneczki, pięć, sześć? Straciła rachubę po dwóch. I ani śniło się Lukrecji postarać o jej odzyskanie.

Pukanie do drzwi? Nie, tak tego określić nie było można. Coś na wzór walenia, dobijania się na siłę? O niebo wyższa liga. I oczywiście pasująca.
Popędził pod front z rozradowanym sercem i poplątanymi jak jelita myślami. Czuł, że to ona, że to ta niewysoka blondynka, która już nie raz doprawiła mu porządnych rogów. Niestety, był facetem. A facet z reguły kobiecej intuicji nie posiada.
- Witaj, Łukaszku! - nie pytała o pozwolenie. Wtryniła się na siłę, rozsiewając dookoła męski zapach pomieszany z czekoladowym. - Chyba się nie gniewasz, że wpadłam w odwiedziny?
- Generalnie to nie... - wyjąkał, choć jego rozum podpowiadał mu coś zupełnie innego. Sprzecznego z kipiącym testosteronem. - Dominiko, to nie jest odpowiednia pora. Proszę, idź sobie.
- Wyganiasz mnie? Tak po prostu? - zachłysnęła się powietrzem, wypychając nadmuchane piersi do przodu.
- Nie, nie tak po prostu. Czekam na kogoś.
- A, już rozumiem. Znalazłeś sobie inną na szybki numerek?
- Żebyś wiedziała - nie lubił kłamać. Ale w tej sytuacji innego wyjścia nie miał. Lepsze takie kołtuństwo niż dzielenie się z przelotną kochanką o codziennych problemach.
- Lepszą ode mnie?!
- To chyba logiczne?
- Może dla ciebie. Na pewno nie dla mnie.
Kuszenie to jej drugie imię. Nie chowała go przed nikim, nie ograniczała go do minimum w towarzystwie żonatych i posiadających pociechy. Każdego stawiała na jednej szali. Również i jego.
Przepadło zdrowe myślenie, zupełnie tak jak troska o Śmiglewską i o brak jej osoby w mieszkaniu, mimo iż od kilku godzin powinna właśnie tutaj grzać swoje cztery litery. Była tylko Dominika, jej kasztanowe włosy i nogi jak do nieba. To nie on nie potrafił się powstrzymać, to jej brakowało pohamowania swoich żądz. Rzuciła się na niego, nie pytając o pozwolenie. Nie musiała? Czy może raczej wiedziała, że tak czy siak je dostanie?
Zawędrował dłońmi na jej pośladki. Zaciskał na nich palce przez te wszystkie minuty, kiedy ich języki odgrywały najbardziej dziki taniec. Już ją miał. Już chciał pozbyć się spodenek, gdyż majtek zapewne i tak nie założyła, wziąć ją na ten niedużej kanapie i po chwilach upojenia wyprosić jak gdyby nigdy nic. Chciał, a nie mógł. I to nie z własnego powodu.

Szum w głowie i zero logiczności opanowały cały jej organizm. Nie panowała nad sobą, nad ilością pochłanianego alkoholu. Po którejś szklaneczce zrzuciła tak często oblegane przez nią szkło na podłogę, wzięła tabletki i wyszła, cudem nie zapominając rzucić zapłaty za trunki. Nie wiedziała, dlaczego nie wylądowała gdzieś w krzakach, dlaczego nie potknęła się chociażby na nierówności chodnika, dlaczego żaden policjant jej nie sprzątnął. Dotarła do Kadziewiczowej kamienicy, chyba z czuwającą nad nią opatrznością boską, tak jak i dotarła pod drzwi czterech ścian. Dziwnym trafem lekko uchylonych.
Obiecał jej, że nie zrobi nic głupiego, że nie doprowadzi się do takiego stanu, w jakim egzystowała aktualnie ona. Może i tej obietnicy dotrzymał. Ale głupoty już nie dał rady opanować.
- Wiedziałam, że zaufanie komuś takiemu jak ty jest porównywalne z poddaniem się pod opiekę osobie pokroju Bin Ladena - bąknęła, już nie powstrzymując i swojej wściekłości, i swojego braku kontroli.
Dlaczego nie pozwoliła pofiglować im na kanapie? Dlaczego zrzuciła ją z mienia Łukasza, uprzednio boleśnie wykręcając obie ręce? Dlaczego kopnęła ją w centralny ośrodek brzucha? Dlaczego wyrzuciła za drzwi, i to w dosłownym znaczeniu tego słowa? Dlaczego nawrzeszczała na siatkarza, zbluzgała go od najgorszych i zamknęła się w swojej klitce, po drodze zrzucając kosztowny obraz na podłogę?
Nie wiedziała. Ale jej choroba już tak.

***
przepraszam, zapomniałam dodać wczoraj przed wyjściem do pracy.
mam nadzieję, że mi wybaczycie.

no, to zbliżamy się w końcu do sedna.
i nie wiem, czy się wam ono spodoba.

chcę do Polski. now.


niedziela, 4 sierpnia 2013

Czternaście

Gdyby ktoś podzielił się z nim tą informacją kilkanaście dni wcześniej, nawet w formie żartu, bez względu na pomieszczenie, w jakim się znajduje, bez względu na treningi, zbliżające się mecze, nawet nagłe przybycie córki wybiegłby z hali - zapewne o mało co nie gubiąc butów - do najbliższego baru, poprosił o tyle alkoholu, na ile pozwalałyby mu banknoty umiejscowione w portfelu; skoczyłby po paczkę ukochanych fajek i wypalił całe opakowanie naraz pod wejściem do swojej kamienicy; zadzwoniłby do jednej z bliskich fizycznie koleżanek i kokieteryjnym tonem poprosił o szybkie spotkanie z równie szybkim numerkiem. Zrobiłby to, gdyby tylko w jakimś pokroju nie znał osoby Śmiglewskiej. Nie opuszczała go na krok, łaziła za nim jak cień, nawet prysznica czy toalety nie ignorowała, czuł jej obecność tuż za drzwiami. Odpuszczenie pilnowania go przed wszelkimi wybrykami uznałby za olsztyński armagedon. I jedynie jedna alternatywa przychodziła mu na myśl - albo zatrzasnęła się w toalecie, co jemu samemu zdarzyło się od przybycia do klubu kilkakrotnie, albo naprawdę stało się coś poważniejszego.
- No, Kadziu - Ferens zatarł z intensywnością ręce, chichocząc we wpadający w psychiczny sposób pod nosem. - Ile masz w kieszeni?
- O czym ty mówisz, do cholery?!
- Już nie zgrywaj takiej cnotki. Zbieraj dupę, idziemy pić!
- Chyba sobie żartujesz. Nigdzie nie idę. Muszę znaleźć Lukrecję.
- To chyba ty w tym momencie żartujesz. Wiecznie chcesz się jej pozbyć, wiecznie pieprzysz, że uprzykrza ci życie. Masz okazję się wyszaleć i akurat w tym momencie odezwał się w tobie dobrotliwy człowiek?
- Bo gorszego momentu być nie mogło.
- Gorszego? Wsiąknęła jak kamfora, a ty uważasz to za tragedię? Dobrze się czujesz?
- Ja - wyśmienicie. Co do Luki - nie mam pewności.
- Panikujesz. Może okresu dostała i skoczyła do sklepu po tampony czy coś w ten deseń.
- Okres to ty zaraz możesz dostać - Kadziewicz zacisnął dłonie w pięści, aż knykcie wyraźnie mu się zabieliły. Nie znosił takich tłumaczeń, w dodatku najprawdopodobniej mających gówno do rzeczywistości. Przecież widział higieniczne odpady w swoim koszu na śmieci przeszło tydzień temu, niemożliwe, aby tak po prostu miesiączka dopadła ją ponownie tak szybko.
- Zwiewałeś z biologii? Jestem facetem, debilu - prychnął Wojtek, wydymając dolną wargę do przodu.
- Kto powiedział, że dostaniesz w tych dolnych strefach? Przypierdolę ci w nos i wyjdzie na to samo - trzy dni krwawienia nie do powstrzymania.

Wyciągał dłoń w kierunku klamki po raz dziewiąty i po raz dziewiąty ją cofał. Bił się z myślami, bił się z argumentami. Wiedział, że nie powinien, wiedział, że gdyby ktoś go na tym przyłapał, wyszedłby na niemoralnego faceta, w najgorszym wypadku nawet siatkarskiego zboczeńca. Ale wiedział również, że jeśli coś jej się stało, jeśli jest w tej łazience bez pomocnej dłoni, będzie sobie wypominał swoją cnotliwość do końca życia. Tak, on, Łukasz Kadziewicz, poważnie zaczął zastanawiać się nad konsekwencjami swoich wyborów.
Zaklął siarczyście pod nosem, wziął kilka głębokich oddechów i wtargnął do damskiej toalety. Poczuł, jak cały ciężar na sumieniu się z niego ulatnia, jak mózg uwalnia się od przytłaczających myśli. Poczuł się po części wręcz fenomenalnie, kiedy zobaczył blondynkę plecami opierającą się o drzwi jednej z kabin. Jednak fenomenalność z każdym krokiem zmieniała się w coraz większy niepokój. Nie tryskała energią jak zwykle, nie uśmiechała się złośliwie jak zwykle, nic nie robiła jak zwykle. Ręce jej drżały, oczy wraz z powiekami wyglądały jak po nagłym przebudzeniu. Otępiała?
- Lukrecja? - dopiero teraz zwróciła całą swoją uwagę na jego postać, dopiero teraz uśmiechnęła się delikatnie, w zupełnie inny sposób niż zawsze.
- Łukasz? - podniosła się tak niemrawo, że aż miał ochotę podtrzymać jej łokcie. - Co tu robisz? To damska toaleta.
- Martwiłem się - sam nie wiedział, dlaczego tak powiedział. Może dlatego, że to była prawda? - Zwykle jesteś wszędzie w moim otoczeniu, a teraz tak po prostu cię nie było. W porządku?
- Słabo się poczułam, nic wielkiego, po prostu jestem ostatnio nieco zmęczona - kłamała. Przecież miał świadomość, że odpoczywała tyle, ile należy, że nie kusiła po nocach.  - Mogę cię o coś poprosić?
- W tym momencie o wszystko.
- Nie zrobisz nic głupiego i nie pójdziesz się nawalić? Muszę wrócić do mieszkania i się trochę zdrzemnąć.
W normalnym przypadku zrobiłby to. Zrobiłby to na złość kobiecie, aby w następstwie dostać po łbie i spać na brzuchu z bonusowo obitą kością ogonową. Tyle że to nie był normalny przypadek. To było coś dziwnego, dla niego niespotykanego, przynajmniej ze strony blondynki.
- Obiecuję, że nie będziesz musiała mnie ponownie wyciągać z jakiegoś baru siłą. Odwiozę cię.
- Nie, zostajesz i trenujesz dalej.
- Nie puszczę cię na piechotę w takim stanie.
- A ja nie pozwolę na zawalanie treningu. Dotrę do domu.
- Przestań, to żaden wysiłek, zaraz wrócę tu z powrotem - chwycił ją za nadgarstek. Nie przypuszczał, że to będzie tak nieprzyjemne, nie przypuszczał, że uwolni się błyskawicznie, pogniecie mu koszulkę, trzaśnie z pięści w jego łuk brwiowy i z całej siły wepchnie na umywalki. Nigdy by tego nie przypuszczał. Przecież to była pokojowa sytuacja, nikt się nie upił, nikt nikogo nie przeleciał.
- Dam sobie radę, rozumiesz?! - nie przeprosiła, nie zapytała o jego stan. Krzyknęła i wybiegła, wpadając po drodze na te cholerne kartony umiejscowione w korytarzach.
A on jeszcze intensywniej, tak jak intensywnie płynęła krew po jego policzku, zaczął się zastanawiać, kogo tak naprawdę ma pod swoim dachem.

Miała iść do mieszkania, położyć się i gdybać, co z jej zdrowiem, zwykle trzymającym się na wspaniałym poziomie. Miała. Zamiast tego, jakby machinalnie, skierowała się do kliniki zaprzyjaźnionej z jej firmą ochroniarską. Nie musiała czekać w żadnych kolejkach tak jak większość statystycznych Polaków. Błyskawicznie zrobili jej rozmaite badania, poczynając od krwi, a kończąc na TK i MRI. Kończąc na tych najważniejszych, natychmiastowo stawiając diagnozę.
- Wiedziałaś, że twój ojciec miał mutację genu HTT? - zaprzyjaźniony z jej rodziną lekarz spoglądał na kobietę z wyraźnym współczuciem w szarych oczach.
- Nie wiedziałam, nie mówił takich rzeczy, przynajmniej mi.
- Nie powiedział, że jest chory?
- Najwidoczniej pominął ten fakt. I tak całymi dniami siedział w pracy.
- Zataił przed tobą prawdę, Lukrecjo.
- To znaczy? - denerwowała się. Cholernie. Chyba jeszcze bardziej niż przed maturą, niż przed pierwszym pójściem do szkoły.
- Cierpiał na chorobę genetyczną, którą w genach przekazał tobie. Masz Pląsawicę Huntingtona.

***
pierdolenie o Szopenie.
te, które znają się na medycynie, pewnie się zbuntują, bo ta choroba nie występuje wśród ludzi w wieku Lukrecji, no ale żadna inna mi nie pasowała do dalszego przebiegu akcji.
bo wiecie, ja nie lubię słodkich opowiadań, tak jak i szczęśliwych zakończeń. :)

byłby ktoś tak dobry i zabrał moje sąsiadki z dołu?
libacje z fast foodami jeszcze wytrzymam, ale jęków w środku nocy już nie.

Skowrońska, Skowrońska, Skowrońska ♥

niedziela, 28 lipca 2013

Trzynaście

Czy którakolwiek z was wyobrażała sobie kiedyś, jak się ciągnie, zmusza do opuszczenia jakiegoś pomieszczenia - no, w tym wypadku raczej klatki - słonia? W teorii chyba niemożliwe, w praktyce tym bardziej. Ciężar porównywalny z kilkoma tonami żelastwa, ogromne samozaparcie, już nie mówiąc o całkiem przypadkowym obrywaniu z trąby po głowie. Co ten obraz ma do rzeczy? Z pewnością ułatwia wyobrażenie sobie matki usiłującej zabrać córkę z mieszkania ojca. Kilka kilogramów, brak nadmiernej ilości kończyn, brak trąb, a potrafi wykończyć tak samo porządnie jak próba przesunięcia tego olbrzymiego zwierzęcia.
- Amelio, proszę cię! - chyba najrozsądniejszym wyjściem dla Kamili byłoby załatwienie dźwigu i przeniesienie Małej do ich wspólnego mieszkania. - Odwiedzisz tatę za kilka dni, nie widzicie się ostatni raz!
- Ale ja nie chcę! - szatynka zaparła się na maleńkich stópkach jeszcze bardziej, rzucając na podłogę ulubionego misia. - Ja chcę zostać z tatkiem i Luki!
- Tatuś ma mnóstwo zajęć, przecież wiesz, że musi trenować, aby dalej grać wraz z kolegami w drużynie.
- To on ma kolegów? - oczy kobiety automatycznie przewędrowały wokół swej osi, przy okazji badając fakturę sufitu. - A Lukrecja?
- Kochanie, nie możesz im przeszkadzać, mają własne zajęcia.
- Jakie?
Zamikła. Nie mogła powiedzieć sześcioletniej dziewczynce, że jej ojciec najprawdopodobniej każdą wolną chwilę spędza na bliższej anatomii ze swoją aktualną współlokatorką. Nie mogła powiedzieć, że robi z blondynką to, co z nią przed kilkoma laty.
- Pani w szkole niedługo ci o tym opowie.
- Chcę wiedzieć teraz! - tupnęła nóżką obrażona, jednak jej tęczówki po chwili się rozjaśniły. - A, będą we dwójkę naprawiać szybę kuchenną?
- Szybę kuchenną? - Kamila uniosła brwi wyżej, spoglądając na córkę z niepokojem. Czuła chłód płynący z tamtego pomieszczenia, ale nie wpadła na pomysł, aby coś mogło stać się ze szkłem okiennym. - Co z nią nie tak?
- Nic takiego, mamciu. Po prostu bawiłam się pistoletem Luki, no wiesz, takim, jakie mają moi koledzy z przedszkola, i trafiłam w szybę, robiąc przy okazji niemałą dziurkę.
- Próbujesz mi powiedzieć, że zabawką uszkodziłaś szkło?
- Oj no, Lukrecja miała jakieś twardsze kuleczki, nic więcej.

Wolała nie opuszczać malutkiego pokoju, dopóki była pani Kadziewicz nie zniknie z korytarza. Nie, nie bała się tej kobiety. Raczej bała się niewyparzonego języka dziewczynki. W głębi duszy czuła, że kobieta wie o wczorajszym incydencie, zbyt duża to była atrakcja dla Amelki, aby nie podzieliła się nią z biologiczną matką. Aż strach jej było pomyśleć, za kogo weźmie ją Kamila, za jaką nieodpowiedzialną osobę. Co z tego, że to Łukasz w ogóle nie zareagował, co z tego, że to on cały czas przy niej czuwał? To jej pistolet. To ona w najgorszym wypadku byłaby główną winowajczynią wszelkich nieszczęśliwych zdarzeń. Że też musiała załatwić sobie pozwolenie na prywatne posiadanie broni!
- Luki? - malutka główka wychyliła się zza konturu frontu, wiercąc w niej zielonym spojrzeniem. - Powiedziałabyś tatusiowi, że wychodzimy?
- Ja? A dlaczego nie możesz tego zrobić?
- Bo znów zamknął się w łazience i leje wodę. Nawet nie słyszy, kiedy walę w drzwi.
Zmarszczyła brwi. Te Kadziewiczowe rytuały zaczynały mieć podejrzane znaczenie.
- Nie ma sprawy, Maleńka.
- Luki? - uśmiechnęła się w najsłodszy możliwy sposób.
- Tak?
- Zobaczymy się jeszcze?
- A odwiedzisz mnie i tatę?
- Z chęcią!
- W takim razie jeszcze nie raz zobaczysz moją buźkę. I pamiętaj następnym razem o tym domku dla lalek, zrobimy taką zabawę, że aż różowe gacie Kenowi spadną!
- Wiesz co? Jesteś najlepszą prostytutką, jaką tatuś mógł wybrać!
Musnęła jej policzek maleńkimi ustami i wybiegła. Wybiegła, zostawiając Śmiglewską z niepohamowaną chęcią wybuchnięcia śmiechem.

- Kadziu? - Ferens odrzucił na bok piłkę, unosząc brwi w zabawny sposób.
- Czego? - Łukasz nie podzielił jego czynności. Nadal odbijał Moltena nad głową.
- Słyszałem, że wymieniasz szybę w kuchni. Wszystko w porządku?
- W jak najlepszym - wycharkał, starając się skupić na wcześniejszym zadaniu. Na marne. Wojtek zbytnio go rozkojarzył.
- Bo wiesz... Normalni ludzie nie wymieniają jej ot tak, a tym bardziej po wybiciu. Rozumiem zmianę okien ze względu na ich nieszczelność, ale żeby od razu szkło?
- Czy ty aby nie szukasz dziury w całym?
- Nie. Po prostu się zastanawiam, czy na urodziny nie kupić ci czasem hełmu i pancerza.
- Dlaczego?
- Następnym razem to ty możesz podzielić los swojej koleżanki szyby.
- Starasz się nawiązać kontakt pomiędzy mną a przedmiotem?
- Może chociaż ona cię zrozumie, skoro Lukrecja nie potrafi.

Z każdym dniem coraz bardziej miał dość tej drużyny. Tu już nie chodziło o samego Totolo, przez którego miał kilkadziesiąt kilogramów czystego zła w domu, nie chodziło o brak dostępu do fajek, alkoholu i innych cudów, bez których niegdyś nie mógł się obejść. Chodziło o kolegów, w szczególności Ferensa. Notorycznie robili z muchy słonia, notorycznie próbowali mu wmówić, że Śmiglewska jest jedyną kobietą z choć odrobiną mózgu pod czaszką, jedyną, która nie leci na jego lekkie teksty i zawartość portfela. Nie wiedzieli o niej nic. Choć on nie był lepszy. On też nie wiedział.
Chciał jeszcze trochę porozmyślać, chciał zastanawiać się, co robi nie tak. Nie mógł. W pewnym sensie tę możliwość zabrał mu Hain, wpadając do szatni, caluteńki zziajany.
- Czy uznałbyś mnie za debila, gdybym powiedział ci, że twoja pani ochroniarz wyparowała?
- Prędzej uznałbym to za kiepski żart.
- Tyle że to nie żart, Kadziewicz. Jej naprawdę nie ma na hali. Ani na hali, ani w żadnym służbowym pomieszczeniu.

***
mówiłam już, że nad tym nie panuję?
coraz częściej zaczynam się zastawiać, po co ja to w ogóle zaczęłam pisać.

zabierzcie ode mnie te upały, mój łeb tego nie wytrzymuje!
toooooopię się.

poniedziałek, 22 lipca 2013

Dwanaście

Brakowało jej potężnej dawki kofeiny? Brakowało jej choć kilku łyków jednego ze słodkich napojów energetycznych? Brakowało jej kilku godzin snu? Sama nie wiedziała. Nie wiedziała, dlaczego po zabawie w chowanego z Łukaszem i Amelką poczuła się, jakby wycięto z jej głowy wypoczynek z całego minionego tygodnia. Przecież miała kondycję, przecież szukanie dwóch istot, w tym jednej przesadnie wyrośniętej, nie mogło jej tak wykończyć. Więc dlaczego oczy kleiły się Lukrecji jak środkowy do napalonych małolat, dlaczego nogi robiły się miękkie, o identycznej budowie co wata? A może to ten cwaniak dosypał jej jakiegoś syfu do wcześniej zaproponowanej herbatki?
Zignorowała cały otaczający ją świat. Zmęczenie tak cholernie dawało się we znaki, że dolne kończyny automatycznie skierowały jej ciało na najbliższą kanapę. Wiedziała, że nie powinna spać, kiedy Kadziewicz jest w pełni sił, kiedy w każdej chwili może zrobić jakąkolwiek głupotę, która odbije się piętnem na obojgu. Ale co to za kobieta bez jakiejkolwiek słabości? Czy ktoś taki w ogóle istnieje?

- Tatku? - usłyszał szybki tupocik małych stópek, aby po chwili ujrzeć zarumienioną twarz swojej jedynej latorośli. - Chcesz zobaczyć, co mam?
Odwrócił się, chyba nieco zbyt gwałtownie, gdyż Amelka odskoczyła o kilka kroków, nadal z niewinnym uśmiechem na ustach.
- No pokaż, co zwinęłaś.
Jego oczy machinalnie przybrały o kilka większych rozmiarów, prawdopodobnie swoją wielkością pobiły nawet spodki od filiżanek. Serce przyśpieszyło swoją pracę, krew przepływała w błyskawicznym tempie, wprawiając skórę w zarumienienie. Pomyśleć, że to wszystko za sprawą niedużego, metalowego przedmiotu. Przedmiotu o zabójczych możliwościach.
- Skąd to wzięłaś?! - poczuł, jak zatrząsł mu się głos.
- Luki miała w spodniach, a skoro śpi, to pewnie będzie ją uwierał, dlatego to wyjęłam.
Trudno mu było uwierzyć, że w tym momencie nie zbierał maleńkiego ciałka swojej córki ze ściany. Pozwoliła się dotknąć, nawet przez sen? W ogóle nie zareagowała? Jakiś paradoks?
- Odłóż to na miejsce, zanim dojdzie do tragedii! - nawet apodyktyczny ton nie poskutkował.
- Jakiej tragedii, tatuś? Przecież to zabawka, moi koledzy z przedszkola bawią się takimi pistoletami. Wystarczy tylko tu nacisnąć...
Gdyby chciał, tak czy siak nie zdążyłby podnieść ręki, nie zdążyłby powstrzymać szatynki. Pamiętał, że usłyszał huk i coś twardego spadającego tuż przed jego ogromnymi stopami. Coś, co okazało się lampą kuchenną.
Nie wiedział, jak może zareagować córka. Normalne dziecko zapewne płakałoby jak bóbr, rzuciło to cholerstwo w kąt i wpadło w ramiona najbliższej osoby. Ale nie ona. Ona wybuchnęła słodkim śmiechem, oglądając z podziwem morderczą maszynę.
- Amelia, oddaj to. Natychmiast.
- Dlaczego? Tatku, to takie fajne, koledzy nie mieli aż takich atrakcji. Ciekawe, czy szyba wytrzyma.
- Nawet nie próbuj.
Spróbowała. Dwa razy. A on sam nie wiedział, czy spodziewać się prędzej policji, czy ataku wściekłej Lukrecji, wiercącej się zażyle na kanapie.
Śmiała się jak opętana, przekładając broń z jednej rączki do drugiej. Mogłaby wpaść na pomysł, aby sprawdzić wytrzymałość tatusia. Może chciała? Na całe szczęście nie zdążyła. Na całe szczęście wegetował w tym mieszkaniu ktoś, kto w razie niebezpieczeństwa potrafił zachować zimną głowę. I całe szczęście, że była to ta niewysoka blondynka o ciemnych oczach, w tym momencie ciskających gromy.
- Luki, kupisz mi taki na urodziny? - zaćwierkała dziewczynka, mimo iż nie posiadała już swojego źródła przyjemności w dłoniach.
- Pewnie, tyle że w wersji kolorystycznej i z piankami zamiast kulek - odłożyła niebezpieczny sprzęt na swoje stałe miejsce, tym razem go zabezpieczając. - Ami, zostawisz nas samych?
Nic nie odpowiedziała. Wymaszerowała z kuchennego pomieszczenia jak rasowy żołnierz, bezustannie chichocząc.
- Mogę ci zadać jedno pytanie?
- A będzie po nim bolało?
- To się jeszcze okaże.
- Pytaj.
- Jesteś pierdolnięty czy całkowicie nieodpowiedzialny?
- Ja ci go nie zabrałem.
- Córce nawet nie próbowałeś.
- Próbowałem, ale nic nie było w stanie przemówić jej do rozsądku.
- Istnieje coś takiego jak siła, wiesz?
- Przecież nie potraktuje jej jak zabawkę i nie wyrwę czegokolwiek całą mocą.
- Wymruczę ci to melodyjnie na twoim pogrzebie, jeśliby zdarzył się taki drugi raz.
- To może pilnuj tej swojej broni?
- To może pilnuj tej swojej córki?
- Złośliwość?
- Nie, przestroga na przyszłość. Chyba że chcesz skończyć jak szyba kuchenna.
- Na chodniku?
- Powiedziałabym, że raczej w kawałkach - uśmiechnęła się ze sztucznością.
- Przecież pistolet nie rozrywa ciała.
- On - nie. Ja - owszem.
- Bieliznę też rozrywasz? - nie umiał się powstrzymać. Żadna sytuacja nie była przeszkodą do wypowiadania dwuznacznych fraz.
- Pewnie, a najchętniej z zawartością.

***

klejone na siłę, nie odpowiadam za głupotę w tej części.
czas się zabrać za sedno tego opowiadania.
tyle że tak cholernie mi się nie chcę.

pogubiłam się trochę w tym publikowaniu, powinno być wczoraj, przepraszam. 
dodaję po raz ostatni, następnym razem już widzicie się z właścicielką:)
tośka.

niedziela, 14 lipca 2013

Jedenaście

Czuła się jak typowy humanista wśród osób o ścisłym umyśle. Kompletnie nie wiedziała, jak ma się zachowywać. Jej spotkania z dziećmi poniżej piętnastego roku życia można zapewne policzyć na palcach jednej dłoni. Niezależnie, czy już jako ochroniarz, czy jeszcze jako młoda dziewczyna dopiero co kończąca szkołę średnią dziwnym trafem odpędzała od siebie wszelkie dzieci. Nie, nie krzyczała na nie, nie strzelała w ich kierunku żadnych kuriozalnych spojrzeń, nie zabierała im ulubionych zabawek. Wręcz przeciwnie. Nic nie robiła. I naprawdę ciężko jej było zadecydować, czy to przez nieco męski styl ubierania, czy to przez traktowanie przeciwnej płci poniżej bariery neutralności.
Żaden człowiek chybaby nie potrafił opisać jej zdziwienia, a może raczej zażenowania. Nie potrafiła w głowie przestawić osoby Łukasza z babiarza na kochającego ojca. I pewnie nigdy by tego nie zrobiła, gdyby tylko nie szeptał maleńkiej dziewczynce, tak cholernie podobnej do niego, czułych słówek, nie głaskał jej po włosach i nie bawił się z nią już drugą godzinę z rzędu.
- Tatku? - jej słodki głosik rozniósł się po salonie, tak jak i lekki brzdęk lalki odkładanej na podłogę.
- Tak, Amelko?
- Czemu pani Lukrecja się z nami nie bawi?
Gwałtownie wciągnęła powietrze. Nie sądziła, że szatynkę będzie interesowała rozmowa z Kamilą, nie sądziła, że zapamięta jej imię, nie sądziła, że w ogóle ją to zainteresuje.
- Pani Lukrecja już chyba wyrosła z naszych zabaw - spojrzał na nią z ukosa, posyłając wojowniczy uśmiech. Prychnęła. Chyba dlatego, że tylko na prychnięcie było ją stać.
- Wygląda na młodszą od moich wcześniejszych cioć. Ma jakieś problemy ze zdrowiem, tatku? - jej wchodzące z zieleni w brąz oczy lustrowały blondynkę z wyraźną troską.
- Skądże, zdrowia może jej pozazdrościć nawet ta przysłowiowa ryba. Po prostu łączą nas inne stosunki niż z innymi ciociami.
- Wiem, słyszałam od mamy. To nie jest moja ciocia.
- A kto to jest, Amelko?
- Moja prostytutka. Zresztą twoja też.

Coraz bardziej korciło Śmiglewską, aby dołączyć do roześmianej rodziny, aby udowodnić środkowemu, że i ona potrafi dobrze się bawić, i wcale nie potrzebuje do tego alkoholu i dudniącej w uszach muzyki. Mimo iż nie wiedziała, jak powinna obchodzić się z dziećmi, mimo iż była jedynaczką i nie trafiło jej się o kilkanaście lat młodsze rodzeństwo, przez postawę i otwartość małej Amelki uwierzyła w siebie, uwierzyła, że nie wszystkie dzieci muszą uciekać na jej widok z krzykiem.
- Co powiecie na zabawę w chowanego? - pytanie samo wymsknęło się z jej strun głosowych.
Oboje zareagowali optymistycznie, tym bardziej na wieść, że to ona będzie szukać. Z przymkniętymi oczami i wypowiadaniem kolejnych cyferek na głos słyszała tupotanie małych stópek, cichące ze zbliżającym się końcem odliczania. Po zakończeniu czuła się, jakby była tu sama. I nawet wiatr to potwierdził, wprawiając zasłonkę w silne dygotanie, jedyny odgłos w całym mieszkaniu.
Jako malutka blondyneczka nie znosiła tej zabawy. Nigdy nie mogła nikogo znaleźć, przeszukiwała każdy kąt przedszkola, czasami kilkanaście razy. Nie była cierpliwa. Zaczynała płakać po co najmniej piętnastu minutach, dopiero wtedy zaniepokojeni rówieśnicy opuszczali swoje dziwne kryjówki. Tym razem też tak było. Nie, nie beczała jak dziecko. Po prostu czuła się zła. Zła, że od dzieciństwa została w swoim fachu niedojdą.
- Wygraliście! - wykrzyknęła zbyt głośno, na co automatycznie zareagował sąsiad za ścianą, waląc w nią aż miło. Zignorowała to. Nic się dla niej nie liczyło, tylko ponowne ujrzenie pysiek Łukasza i Amelii. Chyba pierwszy raz od hen wieków nie marzyła o niczym innym niż ponownym zmaterializowaniu się tych dwóch osób.
- Przecież sprawdzałam szafę - ręce jej opadły, kiedy córka wraz z tatą, z szerokimi uśmiechami na twarzach, wygramolili się z dębowego klamota.
- Drugie wnętrze również?
- Drugie wnętrze?!
- Nie mówiłem ci, że szafa ma w środku jeszcze jedne drzwi? - środkowy uśmiechnął się rozbrajająco, demonstrując swoje wcześniejsze pytanie w praktyce.
- Nie, nie mówiłeś. Pierwszy raz widzę coś takiego na oczy.
- A o starej szafie z przejściem do królestwa Narnii nie słyszałaś?
- Przecież to fikcja.
- Ja mam tę fikcję po części w domu.
- Po części?
- Wejścia do magicznej krainy niestety nie posiadam. Do twojej prywatnej również.
- O kluczyku możesz zapomnieć.
- Bez obaw, kochanie, noszę go cały czas przy sobie.
- Tymczasowo. W końcu zawsze go możesz zgubić.
- To niemożliwe. Był, jest i będzie ze mną zżyty, i to dosłownie.
- Nie takie rzeczy dzisiejsza chirurgia potrafi zrobić.

***
Kilka spraw takich organizacyjnych.
Karoliny nie ma i póki co nie będzie. Nie wiem kiedy wróci, ona sama tego jeszcze nie wie. Musi sobie wszystko poukładać, dokonać jednego z najważniejszych wyborów w życiu i blogi w tym momencie do szczęścia nie są jej potrzebne. Właśnie dlatego jestem tu chwilowo ja - Tośka. Karo nie chciała was zawieść i poprosiła mnie o dodawanie wszystkiego w normalnym porządku. Obiecała również, że wszystkie nowości na waszych blogach przeczyta, ale póki co nie skomentuje gdyż nawet nie ma na to warunków. Dajcie jej trochę czasu, a będzie okej. Przynajmniej powinno być :)

niedziela, 7 lipca 2013

Dziesięć

Nieustannie, od około piętnastu minut, bawiła się gumką od jednej z par swoich ukochanych spodni. W jej uszach na okrągło szumiała lejąca się woda, ta spod prysznica, gdzie akurat przesiadywał Kadziewicz. Tak miło obijała się o zasuwane ścianki kabiny prysznicowej, tak słodko uderzała o malutki basenik zlokalizowany w kącie łazienki. I chyba tylko ona potrafiła ją jako tako uspokoić. W końcu do kafelkowanego pomieszczenia wejść nie mogła, nie mogła przekroczyć granicy prywatności. Nie wiedziała, co za orgie ze swoimi używkami może urządzać tam środkowy, nie wiedziała, dlaczego za każdym razem podczas zażywania kąpieli przesiaduje pod prysznicem o wiele więcej minut od tej statystycznej, niesamowicie dbającej o siebie kobiety. Pali? Nie może. Czujnik by wyłapał dym ulatniający się z choćby jednej fajki. Pije? Przecież przeszukała nawet najmniejszą szafeczkę, wywróciła do góry nogami każdą półkę. To może dzwoni do jakiejś z tych swoich cizi na chwilowe przygody? Przed tym niestety uchronić go nie mogła. A może nie chciała? W końcu do stosunków seksualnych siatkarz też ma prawo. O ile do drugiego tła nie dochodzą używki. Używki, które dla Kadziewicza były chyba główną miłością życia. No, zaraz po miejscu złączenia ud u co niektórych pań z jego doborowego towarzystwa.
Dzwonek do drzwi. Wręcz irytująco słodka melodyjka roznosi się po mieszkaniu. Przynajmniej po tej części niedotyczącej łazienki. Dlaczego? Bo zwykle po usłyszeniu muzycznego dobijania się do drzwi odpowiadał. Teraz milczał. A woda wciąż się lała. Widać, że kompletnie neutralny względem ekologicznego i oszczędnego trybu życia.
Lukrecja otworzyła główny front dopiero po czwartym zetknięciu się czyiś palców z fakturą przycisku. Spodziewała się każdego. Listonosza, policji, gdyż przy buńczuczności Łukasza nawet to było możliwe, jednej z tych jego panienek lekkich obyczajów. Ale kobiety z dzieckiem? Z dzieckiem, wręcz odpowiednikiem środkowego? Nie, to jej nawet w snach przez myśl by nie przeszło.
- Zastałam Kadziewicza? - syknęła jakoś tak niemrawo, wciąż lustrując postać blondynki od góry do dołu. Zbyt długo to nie trwało, gdyż pani ochroniarz była od niej niższa o prawie głowę.
- Bierze prysznic. To coś ważnego?
- Bardzo ważnego - zmieniła ton głosu na typowo wrogi. - Miał dzisiaj zająć się Amelką, muszę wyskoczyć na nockę do pracy.
- Rozumiem. A pani to?
- Żona. Była żona - nacisk na słowo ''była'' lekko przeraził Śmiglewską. Bo tylko z facetami radziła sobie w sposób wręcz fenomenalny. Kobiety były jak ukryte bomby. Nigdy nie wiadomo, w którym momencie wybuchną.
- Przepraszam za nietakt, nie wiedziałam - powiedziała prawdę. Naprawdę nie wiedziała, że Kadziu był kiedyś z kimś na poważnie związany, a także nie wiedziała, że z tego poważnego związku zrodził się mały owoc w postaci słodkiej dziewczynki. - Wejdzie pani do środka? Zrobić coś dla ukojenia pragnienia?
- Nie mam zbyt dużo czasu, ale chwilkę poświęcić mogę - uśmiechnęła się delikatnie, pierwszy raz od początku niezbyt ciekawie zapowiadającego się spotkania. - Kamila jestem.
- Lukrecja - wymieniły solidny uścisk dłoni. - Kawy? Herbaty?
- Wolałabym coś zimnego.
- Sok pomarańczowy?
- Może być.
Rozebrała małą szatynkę z lekkiej kurteczki, zrzuciła w korytarzu buty i powędrowała za blondynką do kuchni. Znała to miejsce doskonale, wiedziała, gdzie znajdują się konserwy, gdzie napoje w sypkiej wersji i gdzie Łukaszowi zdarzało się wciskać fajki, aby ukryć swój nałóg. Jakoś nie mogła przeboleć, że inna kobieta od teraz wskoczyła na jej miejsce, posiadała informacje na temat tego, co wcześniej siedziało tylko w jej głowie.
Dopiero gdy Amelia, najwidoczniej czująca się tu jak w drugim domu, gdyż w rzeczywistości tak było, wybiegła do salonu i wysypała na podłogę swoje ulubione, różowe klocki, Kamila odważyła się zadać tajemniczej dziewczynie kilka pytań.
- Mieszkasz tu?
- Tymczasowo tak.
- Tymczasowo?
- Nigdy nie wiadomo, kiedy skończę swoją pracę u Łukasza.
- Pracujesz u niego?
- Niezupełnie. Raczej pracuję dla niego. Łączy nas pewien układ.
- Ach tak - wzięła kilka porządnych łyków pomarańczowego napoju. - Ale nie będziecie kontynuować tego swojego układu, kiedy Amelka będzie za ścianą?
Lukrecja nie zdążyła nawet odpowiedzieć na to niezbyt dla niej jasne pytanie. W progu kuchni pojawił się Kadziewicz z ręcznikiem na biodrach i córką przyklejoną do nogi.
- Wybacz, Kam, kompletnie zapomniałem, że dziś pracujesz i Amelia zostaje u mnie.
- Jakoś ci się nie dziwię - spojrzała z ukosa na blondynkę, na jej szczęście odwróconą plecami. - Z dnia na dzień coraz gorszy.
- O co ci chodzi?
- O nic, mój drogi - podniosła się z krzesła i poklepała go delikatnie po ramieniu. - Dobrej zabawy z twoją prywatną prostytutką życzę. Bylebyś mi tylko nie zgorszył małej, wtedy masz gwarancję, że dzisiaj ostatni raz widzisz ją na oczy!
I wyszła, tak po prostu. Pozostawiła po sobie jedynie szok na twarzy Luki i koślawy uśmiech u Łukasza. Nie zapominając o dziecku, oczywiście.
- To co, pani prostytutko? Wylądujemy później u mnie w sypialni na jakiś szybki numerek? Amelka nic nie powie.
- Wylądować to ty jedynie możesz.
- O, taka dzika i niebezpieczna będziesz?
- Na OIOMie.

***
Nie wiem, czemu opisuję tu jakieś poszczególne sceny, zamiast skupić się na sednie tego opowiadania.
Cóż, mówiłam, że to żyje po swojemu, wbrew mojej woli.

Uwielbiam Łuczniczkę, uwielbiam Ergo Arenę, uwielbiam mecze na żywo i tych wspaniałych kibiców! <3
I naprawdę żałuję, że sezon reprezentacyjny jest taki krótki.
Przynajmniej dla mnie, bo wrzesień w moim wykonaniu to jazda na najwyższych obrotach.
Cześć, praco, też cię nie lubię.

Zaspamuję dzisiaj.
To, to, to i to będzie już niedługo.
Chyba jako ostatnie w moim wykonaniu.

a dziś wygramy i nawet piękny Matt nas nie powstrzyma.

czwartek, 27 czerwca 2013

Dziewięć

- Kadziewicz, czy ty się na pewno dobrze czujesz? – Ferens obserwował swojego kolegę w szatni od dobrych dwudziestu minut, tym samym kompletnie zapominając o swoich troskach i żonie czekającej z kolacją. Nie pierwszy raz, i zapewne nie ostatni.
- Wyśmienicie – wyjąkał, nawet nie podnosząc wzroku na pytającego kolegę. Nie tyle dlatego, że nie chciał. Po prostu nie miał na to siły. – Dlaczego pytasz?
- Bo wyglądasz, jakbyś dopiero co wyczołgał się spod walca, który, de facto, nie potraktował cię ulgowo. W dodatku dłonie ci się nieco trzęsą.
- Złudzenie.
- Twoje czy moje?
- Nie irytuj. Zmęczony jestem, i tyle.
- Zmęczony? Przecież trenowaliśmy zaledwie czterdzieści minut.
- Dla mnie to i tak dużo.
- Od kiedy?
- Od, kurwa, wczoraj.
Zamilkli, nie wiedząc, co tak naprawdę powiedzieć. Wojtek wolał stulić dziób i nie ingerować w tę sprawę jeszcze dosadniej, bo z taką samą dosadnością za kilka chwil mógł oberwać w zęby i zbierać ich resztki z podłogi. Łukasz z kolei, na całkowitym głodzie nikotynowym, który odbierał mu sens istnienia i całej tej magii egzystencji w świecie, ani myślał wypaplać cokolwiek na temat swojej tymczasowej troski. Może i ani myślał. Ale ciało i spragnione płuca, oczywiście paradoksalnie, wertowały wiadomości aż w nadmiarze.
- Masz fajki? – nawet nie wiedział, w którym momencie to pytanie przepłynęło przez jego usta.
- Nie mam, przecież nie palę. Nikt nie pali. No, za wyjątkiem ciebie.
- Byłbyś tak miły i skoczył po nie do tego sklepu obok hali?
- Czy ja, kurwa, wyglądam na lokaja?
- A czy chcecie uczestniczyć w moim pogrzebie, jeśli to ja się po nie ruszę?
- Żona na mnie czeka.
- Żona nie zając, nie ucieknie.
- Żebyś się, cholera, nie zdziwił.
- Tak jak ty, kiedy przed swoim domem zobaczysz mój nekrolog. To jak?

Kontrolowanie siatkarza w niektórych miejscach, takich jak na przykład hala sportowa, nie miało dla niej sensu. Nie żeby jej się nie chciało. Nie żeby jej zabraniano. Ale chybaby musiała zmienić płeć, ewentualnie obciąć się na łyso i zdjąć babskie ciuchy z ciała, aby dostać się do większości pomieszczeń, gdzie zawodnicy płci męskiej mieli jakikolwiek dostęp. Że już o kabinach prysznicowych nie wspominając.
- Luki, ty jeszcze tutaj? – z chwilowego amoku wyrwał ją głos przyjmującego o niebieskich oczach.
- Niestety. Taka już moja praca.
- I naprawdę musisz tak czekać na niego? Przez cały czas pilnować to babiarskie mienie?
- Też ci przykro z tego powodu?
- Cholernie. Rzuć to, zanim nie jest za późno.
- Niby na co?
- Sama się przekonasz, zapewniam.
Nie wybiegała myślami i całym tokiem myśleniowym zbyt daleko. Wiedziała, co miał na myśli. Ale on nie wiedział, że już się o tym przekonała.
Obserwowała go z coraz większym zainteresowaniem. Właściwie największym obiektem obserwacji stała się paczka papierosów dziergana przez niego w prawej dłoni. Zmrużyła oczy. Nigdy nie palił, nigdy nie wychodził od razu po treningu po fajki. Skąd wiedziała? Codzienne czekanie przed szatnią na Kadziewicza zobligowało ją do posiadania takich informacji.
- Od kiedy ty palisz? – zaczepiła go jak z automatu. Chyba nawet zbyt agresywnie, gdyż paczka prawie że wyślizgnęła się spomiędzy jego długich palców.
- E, od dawna – odpowiedział. Tyle że na jej gust o wiele za szybko. Za szybko jak na prawdomównego.
- Może się podzielisz ze mną? Zajaramy sobie razem?
- No pewnie – tym razem nie wyrzucił tego z siebie w tempie błyskawicy. Wręcz przeciwnie, ślamazarnością zapewne pobił żółwie z olszyńskiego zoo.
Trzymała pomiędzy wargami już trzeciego papierosa, podczas gdy on nie ruszył ani jednego. Lubiła palić, tak bardziej okazyjnie. A Ferens? Trudno powiedzieć, gdyż nawet nie spróbował.
- Poleciałeś po nie specjalnie do sklepu, a teraz się nie skusisz nawet na fajeczkę? – prowokowała. Od zawsze była w tym mistrzynią.
- Jakoś nie mam ochoty.
- To po co je kupowałeś teraz?
- E, już tak na zapas.
- Doprawdy? – dmuchnęła dymem w jego twarz, na co machinalnie zaczął kasłać. I tak ma się zachowywać rasowy palacz? – Co ty nie powiesz?
Widziała wszystko. Rosnące zażenowanie, zaczerwienione policzki, spuszczony wzrok, skrzyżowane nogi. I wiedziała wszystko. Wiedziała, że Łukasz maczał w tym palce. Nawet nie musiała prosić o wyjaśnienia. Sam zainteresowany zrobił to za nią?
- Do kurwy nędzy, Ferens, stoisz tu jak ten słup, zamiast od razu dać mi te cholerne fajki! – wyskoczył nabuzowany z szatni, przy okazji rozwalając kartony stojące przy wejściu. Spasował, ba!, znieruchomiał i wpadł w fazę szoku kilka sekund później. Aż tak trudno było ją zauważyć? - Kobieto, ty nie rozumiesz. Ja muszę zapalić!
- Ty nic nie musisz, ty możesz. To ja muszę pilnować, abyś tego nie robił.
- Nawet cierpienie z głodu nikotynowego cię nie przekona?
- Nie płacz, Kadziu, dostaniesz w ramach rekompensaty zupełnie inne cierpienie i zapomnisz o poprzednim. Widzisz, jaka ja jestem dobra?
- Cudowna. Mogliby zatrudnić cię w Caritasie, abyś zamieniała ziemniaki na kamienie.

***
Boże, dlaczego to wszystko się tak ciągnie?
To opowiadanie chyba naprawdę żyje swoim rytmem, robi mi wszystko na opak.
I chyba naprawdę będzie długie.

Czas na spełnianie marzeń!
Łuczniczko, Ergo Areno – nadchodzę!
I mam zamiar świetnie się bawić!
POLSKA ♥

Pati, pomacham ci, w ramach osobistej rekompensaty. :*

niedziela, 23 czerwca 2013

Osiem

- Kadziewicz? - Hain potrząsał ramieniem kolegi niczym niemowlak grzechotką, wpatrując się w trybuny jak oczarowany.
- No? - wymruczał, przerzucając piłkę do zawodników po drugiej stronie siatki.
- Przyprowadziłeś ze sobą anioła? A może spadł ci z nieba?
- O kim ty, do cholery jasnej, mówisz? - Łukasz, kompletnie zbity z tropu i zajęty wcześniej treningiem, co ostatnio zdarzało mu się równie często jak łagodne spotkanie obcego psa i kota, popatrzył na niego jak na kosmitę. Chyba tylko sześciu par odnóży i gałek ocznych z tyłu głowy mu do takiej opinii brakowało.
- O niej - niby palcem się nie pokazuje. Ale, jak widać, Piotrek kompletnie nie trzyma się kulturalnych reguł. Bynajmniej w stosunku do kobiet.
- Ją nazywasz aniołem? - nie mógł nie wybuchnąć histerycznym śmiechem. Nie mógł nie złapać się za brzuch i praktycznie tarzać się po parkiecie z nachodzącej go głupawki. - W takim wypadku obrażasz te, które niby stoją przy boku Najwyższego. Już nie mówiąc o tym, że zabierasz piekłu jego prawowitą władczynię.
- Nie finguj mi tu! - zapiał, przetaczając Mikasę pomiędzy rozwartymi jak do szpagatu nogami. - Jak taka słodka kobietka mogłaby być demonem?
- Musi nim być.
- Niby dlaczego?
- Bo w innym wypadku by ze mną nie wytrzymała. Albo...
- Albo co?
- Albo chodziłaby już z brzuchem ciążowym. I tak, to byłaby moja robota.
- Powiedz mi jedno - poczekał na skinienie głowy drugiego środkowego. - Czy ty zawsze musisz zaliczyć wszystko, co się rusza?
- Nie musi się ruszać. Wystarczy, że ma otwór w dolnych partiach ciała. A, i coś miłego do pomacania.
- Degenerat.

Łukasz z całej siły grzmotnął we wcześniej plączącą mu się w dłoniach piłkę. Nie jeden raz. Nie dwa razy. Nie trzy. Robił to notorycznie. Nie przestawał nawet wtedy, kiedy na wewnętrzną część dłoni wstąpiło zaczerwienienie, a mięśnie ramienia wręcz błagały o chwilę odpoczynku. Zignorował to. Wolał skupiać się na dokładności, na precyzji uderzenia, na miejscu lądowania Mikasy. Dlaczego? Przynajmniej nie musiał patrzeć na pajacowanie Haina, tak usilnie starającego się zakupić zainteresowanie Śmiglewskiej. Był zazdrosny? Skądże. Po prostu nie marzyły mi się tak nasiąknięte subtelnością widoki, kiedy to biedny Piotruś wyląduje na czterech literach tuż przed bandami reklamowymi.
- Widziałeś? - doskoczył do niego Ferens, komicznie poruszając brwiami. Wystarczy chwila nieobecności Totolo, aby na boisku zrobił się totalny jazgot. - Młody próbuje poderwać twoją niańkę.
- Po pierwsze - to nie niańka, tylko ochroniarz. Po drugie - gówno mnie to obchodzi.
- Całkiem nieźle mu idzie, nie sądzisz?
- Może dlatego, że stoi od niej w odległości pięciu metrów?
- Zobaczysz, i tak się zbliży.
- No chyba na kolanach. I to w dodatku ze złamaną ręką.
- Pierdolisz?! - oczy Wojtka zrobiły się okrągłe jak spodki. - Taka twarda sztuka? Może dlatego nie powinienem się dziwić, że nadal się przed tobą nie ugięła?
- Przed Lukrecją jedyne co może się ugiąć, to stół w moim salonie, kiedy walnie w niego nogą. Wystarczy ją tylko ociupinkę zdenerwować.
- Współczuję, stary.
- Da się przeżyć, jeśli nie zaatakuje cię za byle pierdołę.
- Nie tego. Współczuję, że wegetujesz pod jednym dachem z kobietą, która ma na imię tak jak kot mojej siostry.

Luki, ubrana w swoje ulubione spodnie moro i białą bokserkę uwidaczniającą jej rozwinięte mięśnie, przebierała żywo nogami, usadowiona na jednym z krzesełek w olsztyńskiej hali. Lubiła sport, lubiła i siatkówkę. Dopóki pewien siatkarzyk nie zrujnował jej opinii o pięknie tej dyscypliny, dopóki w ogóle nie obrzydził w jej oczach jakiegokolwiek sportowca. Teraz był to dla niej przykry obowiązek. Od początku wiedziała, że podejmując się takiego wyzwania, machinalnie rzuca się na głęboką wodę, przywołuje wszelkie wspomnienia, zobowiązuje się do uczestniczenia jako tako w siatkarskim życiu. I może słaba psychicznie kobieta nie wytrzymałaby ciążącego na niej piętna. Ona taka nie była. Nie mogła sobie pozwolić na jakąkolwiek chwilę słabości, tym bardziej w pracy. Pracy, która od sprawowania opieki nad Kadziewiczem trwała nieustannie dzień i noc.
- Hej, księżniczko! - tuż przed nosem wyrósł jej młodociany wielkolud o czekoladowych oczach. Uniosła swe tęczówki do nieba. Uparta bestia. Chyba samo przyglądanie się jej w czasie treningu do pełni szczęśliwości nie wystarczyło. - Potrzebujesz jakiegoś ogiera do galopowania dookoła zamku? Bo jeśli tak, to wiedz, że jest tu jeden, zawsze zwarty i gotowy!
- A owszem, potrzebuję - pstryknęła palcami, wskazując na najbliższy automat. - Pogalopuj mi po Fantę, ogierku. I nie zapomnij otrzepać kopyt!
Dałaby sobie nogę odciąć, że tego nie zrobi. A zrobił. W dodatku z efektami dźwiękowymi. W końcu dowiedziała się, jak rży rodowity koń. Może trochę piskliwie i psychopatycznie, ale jednak.
- Jeszcze jakieś życzenia, królewno? - trzepotał swoimi niebotycznie długimi rzęsami jak motyl skrzydłami.
- Ostatnie - klepnęła go delikatnie w ramię ze słodkim uśmiechem. - Wracaj do treningu i wygraj następny mecz za trzy punkty.
Oniemiał. Oniemiał jak nigdy dotąd. Spodziewał się wszystkiego, nawet jakiegoś żywcem wyciągniętego z gimnazjum pomysłu. Ale nie tego, że tak po prostu odprawi go z kwitkiem.
- Ale nie miałem na myśli takiego życzenia.
- Wybacz, kochany, ale trafiłeś nie do tego zamku i nie na tę księżniczkę, na którą powinieneś.
- Dlaczego? Już jesteś w kimś zakochana?
- Powiedzmy. Jakieś dwanaście centymetrów, stalowa obudowa, kilka kulek przeszywających każdy przedmiot, lamparcia prędkość. Mówi ci to coś?
- Niezupełnie.
- Ważne, że mi tak - poklepała się po wystającej zza faktury spodni rączce od prywatnej broni. - Niezastąpiony w każdej sytuacji.
- Przecież cię nie zaspokoi - Piotrek chwytał się każdego argumentu, byleby przekonać do siebie Lukrecję. Na marne.
- Nie takie rzeczy już się testowało, mój drogi. Leć do piłeczki. A! - krzyknęła, zanim zdążył zrobić kilka kroków. - I wytrzyj sobie tego lepkiego smarka spod nosa, bo wyglądasz, jakby ktoś ci wystrzelił spermą tuż nad usta.

***
żeby nie było, że to tylko Kadzinka pokazuje na każdym kroku swój trudny do zgryzienia charakter, Luki nie może być gorsza.
a, jeszcze jedno - nie mam żadnej aluzji do imienia Lukrecja. wręcz przeciwnie, to jedno z moich ulubionych.

dzięki ci, Boże, że przetrwałam ten ciężki rok!
odpoczynek, odpoczynek, odpoczynek. <3
no, przynajmniej aż do wakacyjnych praktyk. może nawet we Włoszech.
ale z drugiej strony - już nie będzie mijania Łukasza Michalskiego (tak, TEGO Michalskiego) na korytarzach. buuu.

następny w czwartek, ze względu na mój siatkarski i chyba najlepszy w życiu weekend oraz brak przenośnego komputera.

niedziela, 16 czerwca 2013

Siedem

Promienie słoneczne, które na dzień dobry mogłyby uszkodzić naskórek człowieka i spowodować ślepotę, wpadały przez jedno z olsztyńskich okien, wprost na zmarnowane mienie Łukasza. Tylko twardy zawodnik wytrzymałby to rozpalające skórę ciepło dłużej niż przez kilka minut. Kadziewicz do takich nie należał. Przynajmniej po nocy spędzonej na pochłanianiu hiperbolicznej ilości alkoholu.
Przewracał się z boku na bok, palcami odgarniając łaskoczące w nos kosmyki włosów. Pustynia w jego gardle wielkością zaczynała przypominać Saharę, ewentualnie Gobi, przełyk domagał się czegokolwiek, byle nie podrażniającego jego ścianek, do nawilżenia. Głowa, do której chyba naładowano dwie tony kamieni, prosiła o cokolwiek pomagającego zrzucić ten przebrzydły ciężar. Ulżyłby sobie, i to z wielką chęcią. Ruszyłby się z kanapy rażonej przez Słońce. Zapomniałby o stanie krytycznym, jeśli chodzi o zachowanie trzeźwości i poczytalności. Problem w tym, że nie chciał. Nie dlatego że uwielbiał cierpienie i nic go tak nie podniecało, jak rwące mięśnie i odpadający czerep. Dlatego że jakikolwiek ruch wywołałby kolejny ból, tym razem niepłynący z wnętrza jego ciała. Tym razem z ręki, nogi, czegokolwiek. Ale z zewnątrz. I od pewnej niewysokiej kobietki o jasnych włosach.
- Wiem, że nie śpisz, Kadziewicz - usłyszał tuż nad sobą, tak jak i poczuł nasycony czekoladą oddech. - W innym wypadku nie poruszałbyś powiekami jak jakiś paralityk.
Westchnął, tym samym wywieszając białą flagę. Leniwie otworzył oczy, machinalnie krzyżując długie ręce nad czołem. Ciemne i palące zmysły spojrzenie Lukrecji po prostu go przerażało. Chyba nawet bardziej niż szczury w drewnianym domku dziadka w dzieciństwie.
- Mogę coś powiedzieć, zanim wyślesz mnie na tamten świat? - wymruczał z nutką piskliwości w głosie.
- Jeśli masz zamiar prawić o małolatach z klubu i ich wyeksponowanych cyckach, to daruj sobie. Nasłuchałam się tego dość przez prawie pół nocy.
- Nie spałaś jakieś sześć godzin? Może dlatego nie powinienem się dziwić, że wyglądasz jak wiedźma? - sam nie wiedział, dlaczego uchylił się złośliwości. Tak czy siak, miał czego żałować. Głowa bolała go wcześniej. Teraz czuł przechodzące po jej wnętrzu tornado. -  Poza tym, wcale nie miałem zamiaru robić maratonu z dodatkiem wcześniejszych atrakcji. Chciałem przeprosić.
Oczy Śmiglewskiej zrobiły się jeszcze większe niż dotychczas, a malinowe wargi jakby automatycznie się rozchyliły. Czy to aż takie dziwne, że Łukasz Kadziewicz wysilił się na przeprosiny? Może i tak częste jak wizyta papieża w naszym pięknym kraju, ale jednak?
- Przepraszasz mnie za ucieczkę?
- Niezupełnie - uśmiechnął się buńczucznie. Nie wiedział, skąd u niego tak cięty humor i nieposkromiona odwaga. - Przepraszam w imieniu twoich rodziców, że nie zapłodnił cię ten plemnik, który od początku powinien to zrobić. Biedactwo, co ty musisz przeżywać, marząc o byciu facetem, a gnijąc w babskiej skórze?
Przesadził, mając świadomość, co za takie słowa może go czekać? Możliwe. Ale zupełnie wykasował logiczne myślenie. To chyba przez ten nadmiar alkoholu i karuzelę w głowie.
- Coś ty powiedział?! - poczuł jej twarde paznokcie wrzynające się w skórę jego ramion. Praktycznie miała go w garści. A może jednak nie?
- To, co słyszałaś - bezkompromisowo przejechał dłonią po jej umięśnionym przedramieniu. - Mamusia wie, że jedziesz na sterydach?
Sekunda. Dosłownie tyle Luki potrzebowała na jakąkolwiek reakcję. A on dosłownie tyle potrzebował na spełnienie swojego maleńkiego marzenia. Błyskawicznie, kiedy to rzuciła się na niego z pazurami, zamknął jej ciepłe dłonie w potrzasku, wygiął się w łuk i ochoczo dotknął swoimi wargami jej wydatnych ust. Nie zdołał jednak przedłużyć pocałunku. Machinalnie poczuł piekący policzek i kość ogonową lądującą na wyłożonej panelami podłodze. Spanie na brzuchu - witamy z powrotem.
- Zrób tak jeszcze raz, a urżnę ci ten chętny na igraszki język! - wysyczała i oniemiała wparowała do łazienki.
Zaśmiał się serdecznie. Dlaczego? Bo i tak wiedział, że jej się podobało. I gdyby tylko zdjęła tę powłokę ze swojego serca, najprawdopodobniej przeleciałby ją na tej kanapie.

Zatrzasnęła za sobą drzwi, opierając się o ich framugę. Zupełnie zapomniała o wymierzonej dla niego karze, o wcześniejszych wydarzeniach, o wszelkich obietnicach. Jak mogła do tego pozwolić, jak?! Przysięgała sobie samej, że żaden facet już jej nie podejdzie, że zawsze każdego będzie miała w garści. Dlaczego więc ją rozgryzł? Dlaczego dała mu się podejść jak dziecko?
Cisnęła flakonem ulubionych perfum w lustro. Automatycznie spadł na podłogę, roztrzaskując się na kawałeczki i rozpryskując dookoła. Nawet nie pożałowała, tak samo jak i nie pożałowała rozerwanej z wściekłości szarej bokserki. Żałowała tylko jednego - że kolejny siatkarzyk, kolejny buc potraktował ją jak pierwszą lepszą, że kolejny ją rozpracował.
- Niech się cieszy, póki może - spojrzała na swe odbicie z poplątanymi włosami i furią w oczach. - Ale niech wie, że drugiego razu nie będzie. Bynajmniej ze mną.
A może to Bóg jest złośliwy? Może to on, w stu procentach specjalnie, stawia kolejnego siatkarza na jej drodze? Może chce jej coś w ten sposób powiedzieć? Może by w to uwierzyła. Gdyby Bóg według niej istniał. I gdyby stał się powiernikiem jej sekretów i problemów.

***
tasiemiec z tego wyjdzie, ja wam to mówię.
a długie opowiadania z pewnością nie są moją mocną stroną.

no to ten, wróciłam.
z góry wybaczcie, że wybrałam akurat ten blog na chwilową odstawkę, ale to była droga losowania.
teraz na spokojnie mogę go kontynuować.
i mam nadzieję, że pomimo tej przerwy nadal będziecie ze mną. :)

pozdrawiam moją maleńką Elwirkę i jej mamusię, dla których pół obecnej nocy miałam nieprzespanej! ;*
i pozdrawiam opiekunkę do moich dzieci z przyszłości!
tak, Pati, to o tobie. :*

niedziela, 5 maja 2013

Sześć

Mógłby pić tak długo, aż w końcu płyny wylewałaby mu się drugim otworem, tak, tym na dole. Mógłby palić tak długo, aż nikotyna i wszelkie zatruwające organizm człowieka substancje wyżarłyby mu do reszty płuca. Mógłby bajerować panienki tak długo, aż język nie zaplątałby mu się od paplania andronów. Mógłby brać jedną po drugiej tak długo, dopóki jego członek dostawałby odpowiednią ilość krwi. Mógłby żyć imprezami, wegetowaniem w klubach, zabawą. Mógłby. Ale do tego potrzebne mu są pieniądze. Pieniądze zdobywane dzięki grze w piłkę siatkową.
- Łukasz, wszystko w porządku? - Dominika dotknęła dłonią przyozdobioną sztucznymi paznokciami jego ramienia.
- Jak najbardziej. Dlaczego pytasz?
- Bo wyglądasz, jakbyś miał wciągnąć cały asortyment, a w następstwie rzygać przez cztery dni z przerwami na uzupełnienie płynów.
- Śmieszne, kurwa - wybełkotał, ciągnąc kolejny łyk ciemnej cieszy. - Bardzo śmieszne.
- Masz jakieś problemy? Żona?
- Gorzej.
- Może córka?
- Gorzej.
- Siatkarze z drużyny?
- Gorzej.
- Co może być gorszego od osób, z którymi najczęściej się borykasz?
- A o uosobieniu zła słyszałaś?
- Coś mi się obiło o uszy.
- Bo właśnie coś takiego wegetuje teraz w moim mieszkaniu, zapewne rozkładając machiny do tortur.

- To Kadziewicz? - Wojtek zadał to pytanie Kacprowi na ucho, gdyż w innym przypadku w ogóle nie zostałby przez niego usłyszany.
- Najprawdopodobniej tak, chociaż wygląda gorzej niż świnia przed ubojem.
- Też ci się humor wyostrzył, kretynie - wywrócił jedynie oczami, zbliżając się do zainteresowanego.
Środkowemu ani śniło się unieść wzroku, kiedy zobaczył dwie pary butów tuż przed jego osobą. Wręcz przeciwnie, wolał sprowokować obcych niż się przed nimi uniżyć. W kaszę sobie dmuchać nie pozwoli, żadni cwaniacy nie przesłonią mu dostępu do największego szczęścia, ukrytego pod postacią najwytrawniejszych alkoholi. Wciągnął do środka skórę policzków, zebrał w sobie reszty śliny i splunął na buty jednego z ochroniarzy.
- Cholera, żona mnie zabije - wyjęczał, od razu przelatując po kieszeniach w poszukiwaniu chusteczki.
- Za melę? Nie przesadzaj. Gdybyś wjechał w błoto, to owszem, a takiego syfu pozbędziesz się raz-dwa.
- Panowie mają zamiar rozklejać się nad swoim obuwiem akurat tutaj? - bąknął Łukasz, nurkując ręką obok nogi Kacpra po swoją oznaczoną szklaneczkę.
- Nie do końca - brunet od razu wyłapał naczynie, spotykając się z morderczym spojrzeniem siatkarza. - Zabieramy pana ze sobą.
- Macie na coś takiego prawo?
- Jesteśmy z ochrony.
- Już z góry mówię, że żadnej z tych małolat nie przerżnąłem.
- Nie z takiej ochrony, panie Kadziewicz.
Walkę z wiatrakami, gdyż środkowego ściągnąć z kanapy i oderwać od największej miłości było cholernie trudno, zakończyli po paru minutach. Wynieśli składającego się jak krzesło plastikowe Łukasza na powietrze, przy okazji podtrzymując jego głowę, tak niebezpiecznie zbliżającą się do dołu wraz z otwartymi ustami.
- Dzwoń po Luki, zanim zaliczy zgon na chodniku - Wojtek, choć znacznie niższy od siatkarza, podtrzymywał jego mienie, trzęsące się jak galareta.
- Po kogo? - bełkot zawodnika Olsztyna dało się usłyszeć kilkanaście metrów dalej.
- Po Lukrecję.
- A nie możecie zostawić mnie na ulicy? Wolałbym zdechnąć tutaj niż wpaść w łapy tej baby pomieszanej z szatanem.

Śmiglewska obeszła najpopularniejsze kluby czterokrotnie. Niestety, zamiast swojego siatkarzyka napotkała tam jedynie chętnych na szybki numerek mężczyzn, opitych lepiej niż jej dziadek na weselu, kobiety w bieliźnie, o ile to skąpe coś bielizną można by nazwać, nawet i dziewczynki, zapewne gimnazjalistki, które w tej chwili powinny powtarzać funkcje z matematyki i genetykę z biologii. Na Łukasza jednak nie natrafiła ani razu. Może to i lepiej? Nie musiałaby być wyproszona z wyuzdanego miejsca za wylew krwi, gdzie średnia wieku pałętała się koło osiemnastki.
Pierwsze wersy ulubionej piosenki Madonny, płynące z telefonu, od razu wzbudziły w niej nieopisane szczęście. Tym bardziej, gdy na ekranie ujrzała imię swojego kolegi.
- Macie go?
- Mamy, jesteśmy pod Red Night.
- Żyje jeszcze?
- Można by polemizować.
- Dlaczego?
- Bo gada o zmartwychwstaniu pańskim i cudownym biuście byłej żony, a w dodatku obiecuje przypięcie się do muru ceglanego i recytowanie Norwida.

***
Przepraszam, że tak długo, ale zagubiłam folder z tym opowiadaniem i za cholerę nie mogłam odnaleźć. Uwielbiam mieć nieporządek w komputerze. *.*

Nie wiem, czy publikować to dalej, w ogóle nie napawa mnie optymizmem. Jest chujowe. I będzie jeszcze gorsze.

Nie mam siły już do tych transferów. Wrona, wróć! :(

Pozdrawiam melepety z piątkowej konferencji! ♥

niedziela, 7 kwietnia 2013

Pięć

Łukasz czuł się w swoim własnym mieszkaniu jak kanarek uwięziony w jakiejś cholernej klatce, karmiony przez złośliwą babunię, której oczy wyczerpały limit idealnego widzenia, a ręce straciły na delikatności pomieszanej z gładkością. Niewysoka blondynka, która siłą zamieniła się chyba z kimś z pokroju Supermana czy Bóg wie czego, mimo iż wegetowała w jego metrach kwadratowych od jakiś czterdziestu ośmiu godzin, stała się prywatną Cruellą, prywatną macochą z Kopciuszka, prywatnym koszmarem. Zabrała, a raczej w arogancki sposób na jego oczach wyrzuciła do śmietnika, wszelkie papierosy, skręty, butelki z najlepszym alkoholem. Z każdym kolejnym przedmiotem lądującym na dnie znienawidzonego od teraz mebelka kuchennego czuł, jakby ktoś wyrywał mu zęby bez znieczulenia, babrał w mózgu za pomocą widelca. Czuł się jak dziewczynka pozbawiona ukochanej lalki, jak chłopczyk pozbawiony samochodziku, jak matka pozbawiona swojego dziecka. I wiedział, że może być tylko gorzej, jeżeli w żaden sposób nie podejdzie czystego zła zamkniętego w przeszło stu sześćdziesięciu centymetrach.

- Coś ty taki nabzdyczony? - uśmiechnęła się do niego ze nieukrywaną złośliwością, ciągnąc łyka wytwornego trunku. Notabene, chyba jego trunku. - Słońce świeci, temperatura napawa optymizmem, żyć, nie umierać.
- Wolałbym umrzeć - fuknął, wiercąc wzrokiem w butelce alkoholu. Dlaczego to go tak cholernie kusi, dlaczego? Czyżby popadał w pierwszy symptom uzależnienia?
- O, a czemuż to? - jej pytania doprowadzały go do białej gorączki.
- Bo sens mojego życia uległ samozagładzie.
- Twoim sensem życia jest najdroższe wino?
- Nie, nie wino. Moim sensem życia jest wolna wola, swoboda. A tego póki co nie posiadam.
- Oj, Kadziewicz, Kadziewicz - słyszał te słowa już po raz enty, a denerwowały go z identycznym natężeniem. - Za swoje błędy trzeba płacić, czasami nawet i najwyższą cenę.
- Nie jestem mordercą ani złodziejem, nie zasługuję na traktowanie jak w więzieniu.
- Powiedz to swojemu trenerowi, a nie mi. Ja jestem tylko pionkiem w jego rękach.
- A nie mogłabyś być uległą w moich ramionach?
- A nie chciałbyś być za jakieś trzydzieści sekund po drugiej stronie?

Z każdym kolejnym dniem tracił wiarę na odzyskanie tego, na czym mu najbardziej zależało. Tęsknił za nocnymi balangami, tęsknił za upijaniem się do nieprzytomności, tęsknił za Kaśką, Dominiką, cholera wie, jaką jeszcze, za nimi wszystkimi, które padały przed nim na kolana, jakby był jakimś królem wszechświata. Pfu, tak właściwie, to on nim był. Był królem. Był panem olsztyńskich imprez, tutejszych małolatek pożyczających stringi od swoich niemoralnych matek, właścicielem najbardziej pożądanego ciała w mieście. Dlaczego miałby stracić to przez kaprys trenera? Nikt nie może zmienić jego charakteru, nikt nie może wtargać z brudnymi buciorami do jego żywota. A na pewno nie jakaś pierdolona kobietka, której zachciało się bawić w ochroniarza.
Wiedział, że porywa się z motyką na słońce. Wiedział, że nie będzie łatwo, że będzie to coś na wzór syzyfowej pracy. Ale do odważnych świat należy. A odwagi nie brakowało mu w ogóle, przynajmniej w tej chwili. Płuca domagały się nikotyny, przełyk piekącej cieczy, a sprzęt w dolnej partii jego mienia jakiejś obcej i naiwnej dziewczynki do niegrzecznej zabawy. Takich symptomów opanować już nie mógł. Zbyt mocno miotały jego ciałem, zbyt mocno drażniły wszelkie przelatujące myśli, aby mógł o tym zapomnieć.
Poczekał. Poczekał, aż ta cholerna baba wejdzie do łazienki z zamiarem oczyszczenia swojego ciała. Poczekał, aż puści gorącą wodę, która z łoskotem obijała się o dno wanienki prysznicowej. Poczekał, aż zacznie nucić swoją ulubioną piosenkę Madonny, która maltretowała jego uszy dzień w dzień. Błyskawicznie zrobił to, co do niego należało. Nawet nie wiedział, w którym momencie przesunął komodę pod drzwi kafelkowanego pomieszczenia, wygrzebał z kieszeni jej kurtki klucze od mieszkania, bo musiałaby być za mądra, aby nie popełnić jakiejś gafy, w tym przypadku ukrycia otwieracza, i wypadł z domu jak z procy. Może i dostanie manto, może i po raz kolejny będzie musiał spać na brzuchu. Ale nie pozwoli kobiecie odbierać mu prawdziwej męskości i solidarności. Bo w końcu z Łukasza Kadziewicza taki grzeczny chłopczyk jak z kozich cycków kastaniety.
- Dominika? Bierz towar i wpadaj do Red Night. Dzisiaj mam zamiar zabawić się tak, że jutro nie będę wiedział, jak się nazywam.

Wydostanie się z łazienki nie zajęło jej za dużo czasu, co najwyżej zabrało odrobinę siły. Nie w takich sytuacjach na egzaminach próbnych już się znajdowała. Większy problem miała z odnalezieniem środkowego. Nie należała do grona tajnych agentów, nie mogła zainstalować cudeniek namierzających osobę siatkarza w jego telefonie. A żałowała. Przynajmniej oszczędziłaby sobie mnóstwo czasu. Bo z nerwów nie miała co oszczędzać, była typową oazą spokoju. Tyle że czasami owa oaza potrafiła przyłożyć tak, że inny delikwent mógł się już z ziemi nie pozbierać.
- Mam nadzieję, że ci nie przeszkadzam, Kacperku.
- Nie, skądże, akurat przeglądałem motoryzacyjne gazetki. Coś się stało?
- Owszem. Bierz kilku z zespołu. Ruszamy na miasto do wszystkich najlepszych klubów.
- Niech zgadnę. Łukasz?
- Brawo. W nagrodę przypnę ci miano drugiego Kolumba.
- Akurat te swoje złośliwości mogłabyś sobie darować. Dobra, a jak go znajdziemy?
- Zadzwońcie i przyprowadźcie do mnie. Zrobię mu z dupy taką jesień średniowiecza, że największy terror francuski by mi tego pozazdrościł.

***
Jezuniu, dlaczego te rozdziały nie mogą być takie, jak je sobie wyobrażałam? Nic mi się w nich nie podoba, kompletnie nic. I zostawiłabym to, gdybym sobie nie obiecała, że wszystkie opowiadania będę kończyć. Nawet jeśli to będą największe gnioty, jakie ten świat widział.

Przepraszam, że mam u was takie zaległości, ale mój kierunek studiów nie wybiera, zapierdzielam nie tylko przed sesją, zapierdzielam przez cały rok. Nadrabiam, jak tylko mogę, ale obawiam się, że taka sytuacja może trwać nawet do maja. Dziękuję tym, które zrozumieją.

Co wybieracie? Opowiadanie z Bąkiewiczem czy melancholijną historię z Panem Tajemniczym (siatkarzem, oczywiście), którego imienia i nazwiska nie zdradzę aż do końca? Piszcie w komentarzach. Start oczywiście po zakończeniu ochroniarza.

Resovia, Resovia, Resovia ♥

niedziela, 31 marca 2013

Cztery

Kadziewicz dałby sobie uciąć wszelkie kończyny, włącznie z najważniejszym sprzętem zamieszkującym majtki, że to jego była żona wpadła w niezapowiedziane odwiedziny z zamiarem opierdolenia go za brak zainteresowania Amelką i medialne wariactwa. Zdębiał, kiedy usłyszał kobiecy głos, w żadnym wypadku nienależący do Kamili. Seksowna chrypka zawarta w tym melodyjnym dźwięku wydobywającym się z gardła nieznajomej wywołała ugięcie jego kolan. Otrzeźwiał i wrócił z krainy marzeń dopiero wtedy, kiedy damski głos przestał wydobywać się zza drzwi łazienki. Sięgnął po parasolkę znajdującą się najbliżej jego dłoni i migiem wtargnął do kafelkowanego pomieszczenia.
- Ręce do góry! - wrzasnął, wymachując sprzętem chroniącym przed deszczem jak szalony.
Blondynka, trzymająca ręcznik tuż nad biustem, odwróciła się w stronę środkowego. Tylko imbecyl mógłby stwierdzić, że jest przerażona. Bynajmniej. Uniosła z wyraźną kpiną prawą brew do góry, zasysając dolną wargę.
- Chyba sobie żartujesz, chłopczyku - syknęła, mierząc go pogardliwym spojrzeniem. - Odłóż ten parasol, zanim zrobisz krzywdę swojemu świętemu dla sportu mieniu.
- Ja nie żartuję! - chwycił parasolkę w obie dłonie, zbliżając się do niewysokiej kobiety. - Wykonaj mój rozkaz. Już.
- Co tylko sobie życzysz, królewiczu - ręcznik z łoskotem spadł na podłogę. Tyle że oczom Łukasza nie ukazało się nagie, kobiece ciało. Ukazało się ciało odziane w perwersyjną bieliznę z pistoletem wplątanym gdzieś w naszywkę majtek. A przynajmniej był on tam wplątany, gdyż po chwili zagościł w smukłych dłoniach blondynki.
- Nadal uważasz, że ten antydeszczowiec to dobry pomysł?
Kadziewicz spiął się delikatnie, jednakże nie zwariował na umyśle na widok broni. Wpatrywał się w ciemny i wygrawerowany pistolet, oswajając się z jego kwintesencją. Pierwszy raz widział broń na żywo. I pierwszy raz chciał ją dotknąć, chociażby kosztem uszczerbku na zdrowiu tajemniczej kobiety. W mgnieniu oka doskoczył do przedstawicielki płci pięknej. Niestety, nie wiedział, że najprawdopodobniej popełnia w ten sposób kolejny błąd w swoim zakręconym życiu. Początkowo nic nie poczuł. Światło dobiegające z sufitu nieprzyjemnie raziło go po oczach. Minęło kilka sekund, aż zorientował się, że znajduje się w swojej łazience, na ziemi, ze stłuczoną kością ogonową, blondynką na brzuchu i bronią przy skroni. I, o dziwo, to przedostatnie w takiej sytuacji w ogóle mu nie przeszkadzało.
-I co? Było ci to do szczęścia potrzebne? - zeskoczyła z jego ciała, specjalnie wbijając paznokcie w skórę przedramion.
- Może niekoniecznie - przywrócił swoje mienie do pionu, intensywnie rozmasowując obolałą kość. Nici ze spania na plecach przed kilkanaście dni. - Ale jak ty zareagowałabyś na widok obcej osoby, która ni z gruszki, ni z pietruszki znalazłaby się w twoim mieszkaniu?
- Najprawdopodobniej powiesiłabym ją na sznurku od prania - narzuciła na siebie bokserkę i wciągnęła na nogi wojskowe spodnie. - Poza tym, ja nie jestem obca. Będziemy razem wegetować przez pewien okres czasu.
- To znaczy? - oczy Kadzia o mało co nie wyskoczyły z oczodołów i nie poturlały się pod umywalkę.
- Aż nie zmądrzejesz, panie gwiazdo.
- Co, będziesz moją niańką?
- Można tak powiedzieć. Lukrecja Śmiglewska, twój nowy i osobisty ochroniarz.
Nie wytrzymał. Wybuchnął tak gromkim śmiechem, że aż woda do golenia na półeczce się zatrzęsła. Ochroniarz? Na dodatek jako baba o krasnalim wzroście? Tego sobie nawet w najbardziej sadomasochistycznych snach nie wyobrażał. A było ich sporo.
- Mam rozumieć, że ma mnie chronić kobieta, która mogłaby uprawiać ze mną seks oralny na stojąco? Której centymetry kończą się w takim miejscu, gdzie mój tułów zaczyna? Nie, dziękuję, już wolę kogoś, kto naprawdę się do tego nadaje.
Po raz kolejny pożałował, tym razem swoich słów. Kto by pomyślał, że można zrobić siniaka jakąś gównianą mandarynką wycelowaną prosto w czoło.
- Posłuchaj, cwaniaczku - zbliżyła się na niebezpieczną odległość, chwytając go za koszulkę. A siłę w rękach to ona miała, nie można jej braku zarzucić. - Twoje farmazony i opinie znaczą dla mnie tyle, co cholerna mrówka ginąca po obcasem. Chcesz grać w swoją siatkóweczkę dalej? Nie masz nic do gadania. Ja wypełniam tylko obowiązki narzucone przez twojego trenera.
- Niech szlag trafi tego parszywca z Italii - warknął pod nosem, dorzucając jeszcze kilka bardzo nieładnych słów. - Po jakiego ciula mi ochroniarz? Nie mam dziesięciu lat, nie popuszczam w miejscach publicznych, nie wdaję się w bójki.
- Może i z wieku dorosły, ale mentalnością ciągle dzieciak z ciebie, Kadziewicz - wpieniła go tą frazą, jednak nie odważył się odpyskować. Jeszcze ucierpiałaby na tym jego męskość, a tego akurat nie chciał. - Pogódź się z tym, że potrzebujesz większej opieki niż ten przysłowiowy gówniarz. I będziesz go miał w mojej osobie.
- A nie dałoby się zamienić ochroniarza na jakiegoś innego?
- Przeszkadza ci moja osoba?
- Wręcz przeciwnie. Kusi, aby sprawdzić wytrzymałość mojego kuchennego stołu.
- Nie dla psa kiełbasa. Prędzej ty wylądujesz na tym swoim wymarzonym mebelku z kuchni.
- O, przejmiesz inicjatywę?
- Oczywiście. Obrobię cię tak, że następnego dnia będziesz wisiał w najbliższym rzeźniku jako świeży towar.

Środkowy z hukiem zatrzasnął za sobą drzwi do stołecznej hali sportowej. Zamaszystym krokiem maszerował do kantorka trenera, fukając niczym paw na Bogu ducha winnego kolegów, nie wspominając o rozkopaniu uporządkowanych kartonów, które, notabene, tarasowały jego ścieżkę do odzyskania godności. Nigdy by nie pomyślał, że Totolo może mu wykręcić taki numer. Dobrze, był chamski i bezczelny, był piątym kołem u wozu w olsztyńskiej drużynie, jeśli chodzi o dopasowanie, był imprezowiczem i cwaniakiem. Ale żeby od razu ochrona, na dodatek w babskim wymiarze? Prędzej spodziewał się bombowego ataku na ojczyznę niż takiego świństwa.
- O, Łukasz! - Tomaso powitał go z otwartymi ramionami, uśmiechając się szeroko. - Jak ci się podoba osobisty ochroniarz?
- Świetny jest, wręcz zajebisty - bąknął, zasiadając naprzeciwko trenera. - Szkoda tylko, że to jakaś cholerna baba o lilipucim wzroście i sile, jakiej pozazdrościłby jej jeden z tych śmiesznych superbohaterów.
- Czekaj, czekaj. Mieszka z tobą kobieta?! - i on był tym zaskoczony.
- No, od wczoraj. Przyszedłem tu właśnie w tej sprawie. Co ona tam, kurwa, robi, skąd ma klucze do mojego mieszkania i ile będzie w nim siedzieć?!
- Nie wiedziałem, że przyślą do ciebie dziewczynę, serio! Mówili tylko o kimś odpowiednim, adekwatnym do twojej sytuacji. Klucze dostała od zarządu, teraz już przynajmniej wiem, czemu, skubani jedni, chodzili tacy rozochoceni. A będzie w nim siedzieć tak długo, aż nie opanuje twojego charakteru.
- To żart, prawda? Nie godzę się na obcą babę w moich czterech kątach, mowy nie ma!
- Albo ona, albo koniec przygody w Olsztynie. Co wybierasz?
 Zamilkł. Postawił go między młotem a kowadłem. I co miał zrobić? Rzucić karierę? A potem tułać się po śmietnikach, kiedy cała kasa pójdzie na pierdoły?
- Miłej zabawy! - rzucił mu na odchodne Totolo, kiedy z trzaskiem zamknął za sobą front. Żeby, kurwa, wiedział, że będzie miło. Baba go sobie podporządkuje? Prędzej to on podporządkuje sobie ją. W łóżku na przykład, a co!

***
To jest tak beznadziejne, że nie mam po prostu słów. Wybaczcie, ale coś pisane przez jakieś trzydzieści minut nigdy nie będzie dobre.

Mimo, iż jeden dzień świąt praktycznie już minął, to ja i tak życzę Wam wspaniałej i rodzinnej atmosfery, smacznego jajka i miłego lepienia bałwanów w Lany Poniedziałek. Ewentualnie bitwy na śnieżki.

To z kim się widzę na Łuczniczce 28 czerwca? Yeeep, udało mi się zdobyć bilety na moją ukochaną trybunę C. *.* A teraz czaimy się na Ergo!

Gdyby komuś nie doszło powiadomienie, to i tu informuję, że na bliźniaczej insynuacji pojawił się pierwszy rozdział. Ja i Patexiątko serdecznie zapraszamy.

niedziela, 24 marca 2013

Trzy

Kolejne uderzenie ludzkiego ciała o obdartą ze skóry matę treningową. Kolejny jęk przeplatany z najgorszym przekleństwem, wydobywający się z krtani wysokiego i dobrze zbudowanego faceta. Kolejne przygniecenie jego dłoni wysokim obcasem. Kolejne zarzucenie na plecy średniej długości blond włosów. Kolejne aspekty, które dzień w dzień dotyczą pewnej kobiety i pewnego mężczyzny z biura ochroniarskiego.
- Luki, nie bądź mściwa! - wysyczał brunet, walcząc z jej dłonią zaciskającą się wokoło jego szyi. - Zjadłem twój jogurt tylko dlatego, że ktoś położył go na moim blacie, to wszystko!
- A ty nie bądź śmieszny - zawarczała, jednak w jej głosie dało się wyczuć nutkę rozbawienia. - Jogobella zawsze stoi na moim biurku, położenia jeszcze nigdy nie zmieniła, co najwyżej ty zmieniłeś orientację w terenie. Przyznaj się, zżarłeś, bo cię kusiła.
Nie odpowiedział. Kiwnął jedynie głową, wywieszając tym samym białą flagę. Śmiglewska, z szerokim uśmiechem na twarzy, poluzowała uścisk, pozwalając mu znów normalnie oddychać. Od zawsze uwielbiała podporządkowywać sobie facetów. Ogromna siła w jej niewysokim ciałku i znajomość sztuk walki tylko jej to ułatwiały.
- Jesteś niebezpieczna - puścił jej oczko, na widok którego ona momentalnie przewróciła swoimi ciemnymi tęczówkami. - Aż boję się myśleć, co byś mi zrobiła, gdybym przez przypadek zarysował ci karoserię auta.
- Wykastrowałabym cię i dała mojej rozkapryszonej siostrzenicy jako zabawkę na wyłączność, również przez przypadek, Kacperku.
Brunet po raz drugi zakneblował usta. Nie dlatego, że nie wiedział, co ma jej odpowiedzieć. Dlatego, że miał świadomość, iż mimo nieco humorystycznego nastroju Lukrecja potrafiłaby to zrobić, chociażby z zamkniętymi oczami. Nie mógł wyjść z podziwu, skąd tak drobna i z pozoru niewinnie wyglądająca blondynka ma w sobie tyle energii, złośliwości, a bardzo często i jadu w stosunku do płci przeciwnej.
- O, Kapi, czyżbyś znowu oberwał? - w pomieszczeniu zmaterializował się szef wydziału, podśmiewając pod nosem. - A mówiłem ci, żebyś nie ruszał tego jogurtu.
- Następnym razem chyba szefa posłucham, nie chcę skończyć na wózku inwalidzkim - posłał kobiecie znaczące spojrzenie, starając się przywrócić swoje ciało do pionu.
- Na wózku? Chyba w kostnicy - facecik z zakolami mrugnął do blondynki, lecz ta po raz enty taki gest zignorowała. - Luki, mam dla ciebie zadanie. Niezwykle bojowe.
Śmiglewska automatycznie zwróciła uwagę na swojego przełożonego. Nudziła się jak mops, siedząc w biurze i traktując jak worek treningowy swojego kolegę z wydziału. Potrzebowała adrenaliny, kontaktu z otoczeniem, nawet jeśli dla owego otoczenia miałoby to tragiczne skutki.
- Mianowicie?
- Będziesz ochroniarzem niejakiego Łukasza Kadziewicza, siatkarza tutejszej drużyny.
Para, która zagościła w jej uszach, była gotowa wytłoczyć się na zewnątrz. Machinalnie zacisnęła dłonie w pięści. Siatkarze, przedstawiciele męskiego rodu, których z chęcią powiesiłaby za jaja na najbliższym drzewie. Może i przeszłością się nie żyje, ale również o niej się nie zapomina. A akurat ona pamięta minione lata zbyt doskonale.
- Co z nim? Cierpi na zapalenie pęcherza i nie ma mu kto podtrzymywać słoiczka podczas częstego opróżniania się? - zakpiła, wodząc wzrokiem po niezbędnym sprzęcie ochroniarskim.
- Gorzej. Odbiła mu szajba. Pije, pali, zabawia się z prostytutkami. Twoim zadaniem jest dopilnować, aby z tym skończył. Masz go nie wypuszczać z domu przed meczem, zabierać wszelkie używki, generalnie sprowadzić na dobrą drogę - w tym momencie po pomieszczeniu rozniosło się donośne prychnięcie Kacpra, automatycznie stłumione przez zgnieciony papierek, trafiony idealnie w jego wargi. - Warunek jest jeden. Przez jakiś czas będziesz musiała u niego zamieszkać.
- I wybrałeś mnie tylko dlatego, że nie mam dzieci, męża ani fikuśnych stworów w domu?
- Nie dlatego. Wybrałem cię, ponieważ wiem, że mu nie ulegniesz. Kadziewicz to podrywacz i lowelas jakich mało.
- Prędzej właduję go do nienapompowanej piłki niż pozwolę się uwieść. Facet to nie słodki kucyk do głaskania, to obrzydliwa hiena sępiąca na kobietach.


Łukasz w grobowym nastroju powracał do mieszkania. Klął siarczyście pod nosem, kopiąc wszystko, co znalazło się na jego drodze, jak i posyłając kuriozalne spojrzenia wszystkim, którzy i na niego spojrzeli się choć trochę krzywo. Nie znosił poniedziałku, chyba jak większość statystycznych Polaków. Niemniej jednak jego kiepski humor nie był spowodowany tym, że zaczynał się kolejny, felerny tydzień. Wywołany był tym, że w poniedziałek dwa razy musiał zapylać na trening, co w ogóle nie dawało mu sportowej satysfakcji, jak i totalnym brakiem planów. Koleżanki, wymęczone przez niego po weekendzie, zwykle właśnie w poniedziałek wypoczywały, gotując się na kolejne dawki zabawy i pijaństwa. A on? A on zwykle nudził się jak mops, albo przeglądając jakieś stare gazetki z pokroju CKM, albo maltretując swoje palce podczas gry w PlayStation.
- Cholerne poniedziałki - zaskrzeczał pod nosem, kopniakiem otwierając drzwi.
Momentalnie oniemiał. I nie było to spowodowane ogromnym bałaganem w tych najbliższych metrach kwadratowych ani zapachem rodem z typowej palarni. Spowodowane było przez walizkę i kobiece buty stojące w przedpokoju. Czyżby Kamila?


***
Trochę dłuższe niż dwa poprzednie. Niemniej jednak liczę na to, że w kolejnych uda mi się zawrzeć jeszcze więcej słów, bo nie chcę tego ciągnąć przez pół roku, skoro i tak dodaję tylko raz w tygodniu. Powiem wam, że jestem w miarę zadowolona. W miarę.

Braaaawo, Resovio! Jeszcze tylko jutro! <3

Tęskno mi za Kadziem w polskiej lidze. 

A w międzyczasie zapraszam na prolog na bliźniaczej insynuacji.

niedziela, 17 marca 2013

Dwa

Totolo wpatrywał się w nagłówek stołecznej gazety z niedowierzaniem. Wszelkie pesymistyczne emocje zostawiały piętno na jego twarzy. Ręce trzęsły mu się jak u osoby chorej na Parkinsona, z uszu wręcz buchała para, a oczy ciskały gromy. Wiedział, że w życie pozasportowe zawodników ingerować nie powinien, wiedział, że afrodyzjakiem Kadziewicza są wypady do klubów nocnych. Ale nie mógł pozwolić na libacje alkoholowe z kobietami lekkich obyczajów na dzień przed kolejnym meczem.
- Możesz mi wyjaśnić, co to jest? - rzucił magazyn na kolana środkowego, który i tak w tym samym momencie nie robił nic znaczącego.
- Jak to co? Zdjęcie, a ja na nim - odpowiedział mu z taką pogardą, jakby Tomaso dopadła pewnego rodzaju ułomność.
- Naprawdę? A tą panią z ręką na twoim udzie i butelkę mocnego trunku widzisz?
- Do czego trener zmierza? - wyraźnie wytrącony z równowagi podniósł wzrok na swojego szkoleniowca.
- Do tego, że marnujesz szansę, jaka została ci dana przez Boga!
- Przecież Boga nie ma - prychnął, ponownie zatapiając wzrok w swoich wydepilowanych łydkach.
Owa fraza wystarczająco dobitnie dotknęła Totolo. Trzasnął swoim zeszytem o podłogę, na której sam po chwili zagościł.
- Słuchaj no - zasyczał mu wprost do ucha. - Albo przestaniesz pić, palić i przynosić nam wstyd w ciągu sezonu, albo się pożegnamy. Chcesz stoczyć się na samo dno? Proszę bardzo! Tylko nie przychodź potem na kolanach i nie błagaj o przebaczenie!
Włoch, walcząc z purpurą na licu, opuścił salę treningową. Miał świadomość, że po raz kolejny marnował ślinę i nerwy. Bo Kadziewiczowi nawet groźbami nie można przemówić do rozsądku. Prędzej dogadałby się z Tajwańczykiem cząstkami zdań niż ze swoim zawodnikiem. A przynajmniej w ten sposób dosadny.

Muzyka przeszywająca całe ciało i dym papierosowy. Te dwa aspekty charakteryzowały to, co działo się za drzwiami szatni, w dodatku zamkniętymi na klucz. Jeszcze nikt nie odważył się złamać zasady dotyczącej palenia, jeszcze nikt nie odważył się zamknąć frontu i nie wpuszczać do niego zawodników. Niestety, musiał się w końcu trafić jeden rodzynek. Rodzynek o przeszło dwóch metrach, trzydziestce na karku i tatuażu na ramieniu.
- Kadziewicz! - Ferens walił pięściami w drzwi, starając się przekrzyczeć komputerową melodię. - Możesz otworzyć? Mi się do domu spieszy!
- To nic nie da - Hain wzruszył ramionami. - Siłą go nie wyciągniemy. Sam musi opuścić szatnię.
- I mam tu tak niby gnić, aż szanownemu Łukaszowi zachce się ruszyć dupę i odkluczyć? Mowy nie ma!
Wojtek błyskawicznie zrzucił przepoconą koszulkę na podłogę i dziarskim ruchem skierował się do prywatnego kantorka trenera. Z impetem zamknął za sobą hebanowe wejście i oparł się dłońmi o biurko Totolo.
- Coś nie tak? - odezwał się po chwili Włoch, mechanicznie odkładając telefon na bok.
- A owszem. Słyszy trener tę jazgotliwą muzykę?
Tomaso pochylił się nieco w kierunku wejścia, przekrzywiając głowę delikatnie w prawą stronę.
- Słyszę, i co w związku z tym?
Ferens był na skraju wybuchu. Wiedział, że jeśli po raz kolejny spóźni się na uszykowaną przez żonę kolację, będzie spał na niewygodnej kanapie, na co dzień obleganej przez psa. A tego nie chciał.
- To nie my ją puściliśmy. To Kadziewicz. Nie byłoby mnie tu, gdyby nasza szanowna gwiazda nie zamknęła się w szatni i  nie udawała, że jest pępkiem świata i los innych zawodników się dla niej nie liczy.
- Żartujesz! - Włoch podniósł się z miejsca tak gwałtownie, że aż biurko ledwo zauważalnie się zatrzęsło. Zamaszystym krokiem ruszył w kierunku miejscowego piekiełka, pod nosem wymieniając wszystkie możliwe synonimy do męskich i żeńskich narządów rozrodczych. Wyciągnął z kieszeni zapasowy klucz i z impetem otworzył drzwi, tak, że zawiasy ledwo utrzymały je na miejscu.
- Co to ma znaczyć, do cholery?! - zawarczał niczym rozwścieczony pies, wodząc wzorkiem wszędzie tam, gdzie popadnie. Jak na złość przed nosem wyrósł mu środkowy, z wypalającym się papierosem między wargami.
- O, no proszę. Przyszedł trener na zabawę? Jak miło. Tylko z góry mówię, że panienki przyjdą za jakieś piętnaście minut, Burdel-Mama nie chce ich wcześniej wypuścić.
Nie odpowiedział. Poczekał, aż pozostali zawodnicy, w międzyczasie mierząc Kadziewicza pogardliwym spojrzeniem, opuszczą szatnię wraz z swoim dobytkiem.
- Wyjdź stąd i nie pokazuj mi się na oczy, dopóki nie wydoroślejesz.
- Chce mnie trener wywalić? - prychnął mu prosto w twarz, najprawdopodobniej zostawiając na niej swoje DNA. - Mi to jest nawet na rękę. Nigdy nie podobał mi się ten kurewski Olsztyn.
Totolo nawet nie musiał mu dwa razy niczego powtarzać. Kadziewicz po prostu wyszedł, zostawiając w zadymionym i zapoconym pomieszczeniu zdruzgotanego szkoleniowca. Szkoleniowca, który poczuł się jak jakiś cholerny kamyk, którym można rzucać, kopać i Bóg wie, co jeszcze robić. Został zignorowany. Zignorowany i najzwyczajniej w świecie olany. Olany przez człowieka, który nigdy na coś takiego nie powinien sobie pozwolić.

- Jesteś tego pewien? - statystyk zadał to pytanie po raz enty, z nerwów wręcz wykręcając do granic możliwości palce.
- Nie mam wyjścia. Obiecałem sobie, że go postawię do pionu i przywrócę na właściwy tor. Niestety, sam nie dam rady - chwilowo zamilkł, kiedy po drugiej strony odezwał się facecik z biura ochroniarskiego.
- W czym mogę pomóc?
- Dzień dobry. Z tej strony Tomaso Totolo, trener olsztyńskiej drużyny w piłce siatkowej. Potrzebuję waszej pomocy.
- Mianowicie?
- Szukam osoby, która mogłaby zająć się moim zawodnikiem.
- Zająć? Ma go niańczyć?
- Nie w taki sposób. Ma go ograniczać w robieniu głupot, zabierać niedozwolone używki, nie pozwalać balować na dzień przed meczem. Ma mu pomóc w pewien sposób się ustatkować.
- Niech się pan nie martwi. Posiadamy idealnego ochroniarza do pańskiej nieciekawej sytuacji. I zapewniam, że w żaden sposób pańskiemu zawodnikowi nie ulegnie.
- A skąd ta pewność?
- Bo nawet ja od tej osoby oberwałem za niedotrzymywanie obietnic. Mimo tego, iż jej szefuję.


***
Dobra, koniec takich króciutkich rozdziałów i koniec pierdół. Bierzemy się w końcu za normalne pisanie,a nie pierdolenie kotka za pomocą młotka.

Moje zaległości na waszych blogach mnie po prostu przerażają. Hm, dwa dni w tym nadchodzącym tygodniu mam wolne, wtedy to postaram się wszystko nadrobić.

Zostanę starą panną z kotem. W tym świecie już nie ma normalnych facetów, są bezduszni skurwiele. 

Tak dla ścisłości - ja osobiście uwielbiam Olsztyn, to tylko opinia złego Kadzia. :)