niedziela, 4 sierpnia 2013

Czternaście

Gdyby ktoś podzielił się z nim tą informacją kilkanaście dni wcześniej, nawet w formie żartu, bez względu na pomieszczenie, w jakim się znajduje, bez względu na treningi, zbliżające się mecze, nawet nagłe przybycie córki wybiegłby z hali - zapewne o mało co nie gubiąc butów - do najbliższego baru, poprosił o tyle alkoholu, na ile pozwalałyby mu banknoty umiejscowione w portfelu; skoczyłby po paczkę ukochanych fajek i wypalił całe opakowanie naraz pod wejściem do swojej kamienicy; zadzwoniłby do jednej z bliskich fizycznie koleżanek i kokieteryjnym tonem poprosił o szybkie spotkanie z równie szybkim numerkiem. Zrobiłby to, gdyby tylko w jakimś pokroju nie znał osoby Śmiglewskiej. Nie opuszczała go na krok, łaziła za nim jak cień, nawet prysznica czy toalety nie ignorowała, czuł jej obecność tuż za drzwiami. Odpuszczenie pilnowania go przed wszelkimi wybrykami uznałby za olsztyński armagedon. I jedynie jedna alternatywa przychodziła mu na myśl - albo zatrzasnęła się w toalecie, co jemu samemu zdarzyło się od przybycia do klubu kilkakrotnie, albo naprawdę stało się coś poważniejszego.
- No, Kadziu - Ferens zatarł z intensywnością ręce, chichocząc we wpadający w psychiczny sposób pod nosem. - Ile masz w kieszeni?
- O czym ty mówisz, do cholery?!
- Już nie zgrywaj takiej cnotki. Zbieraj dupę, idziemy pić!
- Chyba sobie żartujesz. Nigdzie nie idę. Muszę znaleźć Lukrecję.
- To chyba ty w tym momencie żartujesz. Wiecznie chcesz się jej pozbyć, wiecznie pieprzysz, że uprzykrza ci życie. Masz okazję się wyszaleć i akurat w tym momencie odezwał się w tobie dobrotliwy człowiek?
- Bo gorszego momentu być nie mogło.
- Gorszego? Wsiąknęła jak kamfora, a ty uważasz to za tragedię? Dobrze się czujesz?
- Ja - wyśmienicie. Co do Luki - nie mam pewności.
- Panikujesz. Może okresu dostała i skoczyła do sklepu po tampony czy coś w ten deseń.
- Okres to ty zaraz możesz dostać - Kadziewicz zacisnął dłonie w pięści, aż knykcie wyraźnie mu się zabieliły. Nie znosił takich tłumaczeń, w dodatku najprawdopodobniej mających gówno do rzeczywistości. Przecież widział higieniczne odpady w swoim koszu na śmieci przeszło tydzień temu, niemożliwe, aby tak po prostu miesiączka dopadła ją ponownie tak szybko.
- Zwiewałeś z biologii? Jestem facetem, debilu - prychnął Wojtek, wydymając dolną wargę do przodu.
- Kto powiedział, że dostaniesz w tych dolnych strefach? Przypierdolę ci w nos i wyjdzie na to samo - trzy dni krwawienia nie do powstrzymania.

Wyciągał dłoń w kierunku klamki po raz dziewiąty i po raz dziewiąty ją cofał. Bił się z myślami, bił się z argumentami. Wiedział, że nie powinien, wiedział, że gdyby ktoś go na tym przyłapał, wyszedłby na niemoralnego faceta, w najgorszym wypadku nawet siatkarskiego zboczeńca. Ale wiedział również, że jeśli coś jej się stało, jeśli jest w tej łazience bez pomocnej dłoni, będzie sobie wypominał swoją cnotliwość do końca życia. Tak, on, Łukasz Kadziewicz, poważnie zaczął zastanawiać się nad konsekwencjami swoich wyborów.
Zaklął siarczyście pod nosem, wziął kilka głębokich oddechów i wtargnął do damskiej toalety. Poczuł, jak cały ciężar na sumieniu się z niego ulatnia, jak mózg uwalnia się od przytłaczających myśli. Poczuł się po części wręcz fenomenalnie, kiedy zobaczył blondynkę plecami opierającą się o drzwi jednej z kabin. Jednak fenomenalność z każdym krokiem zmieniała się w coraz większy niepokój. Nie tryskała energią jak zwykle, nie uśmiechała się złośliwie jak zwykle, nic nie robiła jak zwykle. Ręce jej drżały, oczy wraz z powiekami wyglądały jak po nagłym przebudzeniu. Otępiała?
- Lukrecja? - dopiero teraz zwróciła całą swoją uwagę na jego postać, dopiero teraz uśmiechnęła się delikatnie, w zupełnie inny sposób niż zawsze.
- Łukasz? - podniosła się tak niemrawo, że aż miał ochotę podtrzymać jej łokcie. - Co tu robisz? To damska toaleta.
- Martwiłem się - sam nie wiedział, dlaczego tak powiedział. Może dlatego, że to była prawda? - Zwykle jesteś wszędzie w moim otoczeniu, a teraz tak po prostu cię nie było. W porządku?
- Słabo się poczułam, nic wielkiego, po prostu jestem ostatnio nieco zmęczona - kłamała. Przecież miał świadomość, że odpoczywała tyle, ile należy, że nie kusiła po nocach.  - Mogę cię o coś poprosić?
- W tym momencie o wszystko.
- Nie zrobisz nic głupiego i nie pójdziesz się nawalić? Muszę wrócić do mieszkania i się trochę zdrzemnąć.
W normalnym przypadku zrobiłby to. Zrobiłby to na złość kobiecie, aby w następstwie dostać po łbie i spać na brzuchu z bonusowo obitą kością ogonową. Tyle że to nie był normalny przypadek. To było coś dziwnego, dla niego niespotykanego, przynajmniej ze strony blondynki.
- Obiecuję, że nie będziesz musiała mnie ponownie wyciągać z jakiegoś baru siłą. Odwiozę cię.
- Nie, zostajesz i trenujesz dalej.
- Nie puszczę cię na piechotę w takim stanie.
- A ja nie pozwolę na zawalanie treningu. Dotrę do domu.
- Przestań, to żaden wysiłek, zaraz wrócę tu z powrotem - chwycił ją za nadgarstek. Nie przypuszczał, że to będzie tak nieprzyjemne, nie przypuszczał, że uwolni się błyskawicznie, pogniecie mu koszulkę, trzaśnie z pięści w jego łuk brwiowy i z całej siły wepchnie na umywalki. Nigdy by tego nie przypuszczał. Przecież to była pokojowa sytuacja, nikt się nie upił, nikt nikogo nie przeleciał.
- Dam sobie radę, rozumiesz?! - nie przeprosiła, nie zapytała o jego stan. Krzyknęła i wybiegła, wpadając po drodze na te cholerne kartony umiejscowione w korytarzach.
A on jeszcze intensywniej, tak jak intensywnie płynęła krew po jego policzku, zaczął się zastanawiać, kogo tak naprawdę ma pod swoim dachem.

Miała iść do mieszkania, położyć się i gdybać, co z jej zdrowiem, zwykle trzymającym się na wspaniałym poziomie. Miała. Zamiast tego, jakby machinalnie, skierowała się do kliniki zaprzyjaźnionej z jej firmą ochroniarską. Nie musiała czekać w żadnych kolejkach tak jak większość statystycznych Polaków. Błyskawicznie zrobili jej rozmaite badania, poczynając od krwi, a kończąc na TK i MRI. Kończąc na tych najważniejszych, natychmiastowo stawiając diagnozę.
- Wiedziałaś, że twój ojciec miał mutację genu HTT? - zaprzyjaźniony z jej rodziną lekarz spoglądał na kobietę z wyraźnym współczuciem w szarych oczach.
- Nie wiedziałam, nie mówił takich rzeczy, przynajmniej mi.
- Nie powiedział, że jest chory?
- Najwidoczniej pominął ten fakt. I tak całymi dniami siedział w pracy.
- Zataił przed tobą prawdę, Lukrecjo.
- To znaczy? - denerwowała się. Cholernie. Chyba jeszcze bardziej niż przed maturą, niż przed pierwszym pójściem do szkoły.
- Cierpiał na chorobę genetyczną, którą w genach przekazał tobie. Masz Pląsawicę Huntingtona.

***
pierdolenie o Szopenie.
te, które znają się na medycynie, pewnie się zbuntują, bo ta choroba nie występuje wśród ludzi w wieku Lukrecji, no ale żadna inna mi nie pasowała do dalszego przebiegu akcji.
bo wiecie, ja nie lubię słodkich opowiadań, tak jak i szczęśliwych zakończeń. :)

byłby ktoś tak dobry i zabrał moje sąsiadki z dołu?
libacje z fast foodami jeszcze wytrzymam, ale jęków w środku nocy już nie.

Skowrońska, Skowrońska, Skowrońska ♥