Przewracał się z boku na bok, palcami odgarniając łaskoczące w nos kosmyki włosów. Pustynia w jego gardle wielkością zaczynała przypominać Saharę, ewentualnie Gobi, przełyk domagał się czegokolwiek, byle nie podrażniającego jego ścianek, do nawilżenia. Głowa, do której chyba naładowano dwie tony kamieni, prosiła o cokolwiek pomagającego zrzucić ten przebrzydły ciężar. Ulżyłby sobie, i to z wielką chęcią. Ruszyłby się z kanapy rażonej przez Słońce. Zapomniałby o stanie krytycznym, jeśli chodzi o zachowanie trzeźwości i poczytalności. Problem w tym, że nie chciał. Nie dlatego że uwielbiał cierpienie i nic go tak nie podniecało, jak rwące mięśnie i odpadający czerep. Dlatego że jakikolwiek ruch wywołałby kolejny ból, tym razem niepłynący z wnętrza jego ciała. Tym razem z ręki, nogi, czegokolwiek. Ale z zewnątrz. I od pewnej niewysokiej kobietki o jasnych włosach.
- Wiem, że nie śpisz, Kadziewicz - usłyszał tuż nad sobą, tak jak i poczuł nasycony czekoladą oddech. - W innym wypadku nie poruszałbyś powiekami jak jakiś paralityk.
Westchnął, tym samym wywieszając białą flagę. Leniwie otworzył oczy, machinalnie krzyżując długie ręce nad czołem. Ciemne i palące zmysły spojrzenie Lukrecji po prostu go przerażało. Chyba nawet bardziej niż szczury w drewnianym domku dziadka w dzieciństwie.
- Mogę coś powiedzieć, zanim wyślesz mnie na tamten świat? - wymruczał z nutką piskliwości w głosie.
- Jeśli masz zamiar prawić o małolatach z klubu i ich wyeksponowanych cyckach, to daruj sobie. Nasłuchałam się tego dość przez prawie pół nocy.
- Nie spałaś jakieś sześć godzin? Może dlatego nie powinienem się dziwić, że wyglądasz jak wiedźma? - sam nie wiedział, dlaczego uchylił się złośliwości. Tak czy siak, miał czego żałować. Głowa bolała go wcześniej. Teraz czuł przechodzące po jej wnętrzu tornado. - Poza tym, wcale nie miałem zamiaru robić maratonu z dodatkiem wcześniejszych atrakcji. Chciałem przeprosić.
Oczy Śmiglewskiej zrobiły się jeszcze większe niż dotychczas, a malinowe wargi jakby automatycznie się rozchyliły. Czy to aż takie dziwne, że Łukasz Kadziewicz wysilił się na przeprosiny? Może i tak częste jak wizyta papieża w naszym pięknym kraju, ale jednak?
- Przepraszasz mnie za ucieczkę?
- Niezupełnie - uśmiechnął się buńczucznie. Nie wiedział, skąd u niego tak cięty humor i nieposkromiona odwaga. - Przepraszam w imieniu twoich rodziców, że nie zapłodnił cię ten plemnik, który od początku powinien to zrobić. Biedactwo, co ty musisz przeżywać, marząc o byciu facetem, a gnijąc w babskiej skórze?
Przesadził, mając świadomość, co za takie słowa może go czekać? Możliwe. Ale zupełnie wykasował logiczne myślenie. To chyba przez ten nadmiar alkoholu i karuzelę w głowie.
- Coś ty powiedział?! - poczuł jej twarde paznokcie wrzynające się w skórę jego ramion. Praktycznie miała go w garści. A może jednak nie?
- To, co słyszałaś - bezkompromisowo przejechał dłonią po jej umięśnionym przedramieniu. - Mamusia wie, że jedziesz na sterydach?
Sekunda. Dosłownie tyle Luki potrzebowała na jakąkolwiek reakcję. A on dosłownie tyle potrzebował na spełnienie swojego maleńkiego marzenia. Błyskawicznie, kiedy to rzuciła się na niego z pazurami, zamknął jej ciepłe dłonie w potrzasku, wygiął się w łuk i ochoczo dotknął swoimi wargami jej wydatnych ust. Nie zdołał jednak przedłużyć pocałunku. Machinalnie poczuł piekący policzek i kość ogonową lądującą na wyłożonej panelami podłodze. Spanie na brzuchu - witamy z powrotem.
- Zrób tak jeszcze raz, a urżnę ci ten chętny na igraszki język! - wysyczała i oniemiała wparowała do łazienki.
Zaśmiał się serdecznie. Dlaczego? Bo i tak wiedział, że jej się podobało. I gdyby tylko zdjęła tę powłokę ze swojego serca, najprawdopodobniej przeleciałby ją na tej kanapie.
Zatrzasnęła za sobą drzwi, opierając się o ich framugę. Zupełnie zapomniała o wymierzonej dla niego karze, o wcześniejszych wydarzeniach, o wszelkich obietnicach. Jak mogła do tego pozwolić, jak?! Przysięgała sobie samej, że żaden facet już jej nie podejdzie, że zawsze każdego będzie miała w garści. Dlaczego więc ją rozgryzł? Dlaczego dała mu się podejść jak dziecko?
Cisnęła flakonem ulubionych perfum w lustro. Automatycznie spadł na podłogę, roztrzaskując się na kawałeczki i rozpryskując dookoła. Nawet nie pożałowała, tak samo jak i nie pożałowała rozerwanej z wściekłości szarej bokserki. Żałowała tylko jednego - że kolejny siatkarzyk, kolejny buc potraktował ją jak pierwszą lepszą, że kolejny ją rozpracował.
- Niech się cieszy, póki może - spojrzała na swe odbicie z poplątanymi włosami i furią w oczach. - Ale niech wie, że drugiego razu nie będzie. Bynajmniej ze mną.
A może to Bóg jest złośliwy? Może to on, w stu procentach specjalnie, stawia kolejnego siatkarza na jej drodze? Może chce jej coś w ten sposób powiedzieć? Może by w to uwierzyła. Gdyby Bóg według niej istniał. I gdyby stał się powiernikiem jej sekretów i problemów.
***
tasiemiec z tego wyjdzie, ja wam to mówię.a długie opowiadania z pewnością nie są moją mocną stroną.
no to ten, wróciłam.
z góry wybaczcie, że wybrałam akurat ten blog na chwilową odstawkę, ale to była droga losowania.
teraz na spokojnie mogę go kontynuować.
i mam nadzieję, że pomimo tej przerwy nadal będziecie ze mną. :)
pozdrawiam moją maleńką Elwirkę i jej mamusię, dla których pół obecnej nocy miałam nieprzespanej! ;*
i pozdrawiam opiekunkę do moich dzieci z przyszłości!
tak, Pati, to o tobie. :*