- Łukasz, wszystko w porządku? - Dominika dotknęła dłonią przyozdobioną sztucznymi paznokciami jego ramienia.
- Jak najbardziej. Dlaczego pytasz?
- Bo wyglądasz, jakbyś miał wciągnąć cały asortyment, a w następstwie rzygać przez cztery dni z przerwami na uzupełnienie płynów.
- Śmieszne, kurwa - wybełkotał, ciągnąc kolejny łyk ciemnej cieszy. - Bardzo śmieszne.
- Masz jakieś problemy? Żona?
- Gorzej.
- Może córka?
- Gorzej.
- Siatkarze z drużyny?
- Gorzej.
- Co może być gorszego od osób, z którymi najczęściej się borykasz?
- A o uosobieniu zła słyszałaś?
- Coś mi się obiło o uszy.
- Bo właśnie coś takiego wegetuje teraz w moim mieszkaniu, zapewne rozkładając machiny do tortur.
- To Kadziewicz? - Wojtek zadał to pytanie Kacprowi na ucho, gdyż w innym przypadku w ogóle nie zostałby przez niego usłyszany.
- Najprawdopodobniej tak, chociaż wygląda gorzej niż świnia przed ubojem.
- Też ci się humor wyostrzył, kretynie - wywrócił jedynie oczami, zbliżając się do zainteresowanego.
Środkowemu ani śniło się unieść wzroku, kiedy zobaczył dwie pary butów tuż przed jego osobą. Wręcz przeciwnie, wolał sprowokować obcych niż się przed nimi uniżyć. W kaszę sobie dmuchać nie pozwoli, żadni cwaniacy nie przesłonią mu dostępu do największego szczęścia, ukrytego pod postacią najwytrawniejszych alkoholi. Wciągnął do środka skórę policzków, zebrał w sobie reszty śliny i splunął na buty jednego z ochroniarzy.
- Cholera, żona mnie zabije - wyjęczał, od razu przelatując po kieszeniach w poszukiwaniu chusteczki.
- Za melę? Nie przesadzaj. Gdybyś wjechał w błoto, to owszem, a takiego syfu pozbędziesz się raz-dwa.
- Panowie mają zamiar rozklejać się nad swoim obuwiem akurat tutaj? - bąknął Łukasz, nurkując ręką obok nogi Kacpra po swoją oznaczoną szklaneczkę.
- Nie do końca - brunet od razu wyłapał naczynie, spotykając się z morderczym spojrzeniem siatkarza. - Zabieramy pana ze sobą.
- Macie na coś takiego prawo?
- Jesteśmy z ochrony.
- Już z góry mówię, że żadnej z tych małolat nie przerżnąłem.
- Nie z takiej ochrony, panie Kadziewicz.
Walkę z wiatrakami, gdyż środkowego ściągnąć z kanapy i oderwać od największej miłości było cholernie trudno, zakończyli po paru minutach. Wynieśli składającego się jak krzesło plastikowe Łukasza na powietrze, przy okazji podtrzymując jego głowę, tak niebezpiecznie zbliżającą się do dołu wraz z otwartymi ustami.
- Dzwoń po Luki, zanim zaliczy zgon na chodniku - Wojtek, choć znacznie niższy od siatkarza, podtrzymywał jego mienie, trzęsące się jak galareta.
- Po kogo? - bełkot zawodnika Olsztyna dało się usłyszeć kilkanaście metrów dalej.
- Po Lukrecję.
- A nie możecie zostawić mnie na ulicy? Wolałbym zdechnąć tutaj niż wpaść w łapy tej baby pomieszanej z szatanem.
Śmiglewska obeszła najpopularniejsze kluby czterokrotnie. Niestety, zamiast swojego siatkarzyka napotkała tam jedynie chętnych na szybki numerek mężczyzn, opitych lepiej niż jej dziadek na weselu, kobiety w bieliźnie, o ile to skąpe coś bielizną można by nazwać, nawet i dziewczynki, zapewne gimnazjalistki, które w tej chwili powinny powtarzać funkcje z matematyki i genetykę z biologii. Na Łukasza jednak nie natrafiła ani razu. Może to i lepiej? Nie musiałaby być wyproszona z wyuzdanego miejsca za wylew krwi, gdzie średnia wieku pałętała się koło osiemnastki.
Pierwsze wersy ulubionej piosenki Madonny, płynące z telefonu, od razu wzbudziły w niej nieopisane szczęście. Tym bardziej, gdy na ekranie ujrzała imię swojego kolegi.
- Macie go?
- Mamy, jesteśmy pod Red Night.
- Żyje jeszcze?
- Można by polemizować.
- Dlaczego?
- Bo gada o zmartwychwstaniu pańskim i cudownym biuście byłej żony, a w dodatku obiecuje przypięcie się do muru ceglanego i recytowanie Norwida.
***
Przepraszam, że tak długo, ale zagubiłam folder z tym opowiadaniem i za cholerę nie mogłam odnaleźć. Uwielbiam mieć nieporządek w komputerze. *.*Nie wiem, czy publikować to dalej, w ogóle nie napawa mnie optymizmem. Jest
Nie mam siły już do tych transferów. Wrona, wróć! :(
Pozdrawiam melepety z piątkowej konferencji! ♥