- Coś ty taki nabzdyczony? - uśmiechnęła się do niego ze nieukrywaną złośliwością, ciągnąc łyka wytwornego trunku. Notabene, chyba jego trunku. - Słońce świeci, temperatura napawa optymizmem, żyć, nie umierać.
- Wolałbym umrzeć - fuknął, wiercąc wzrokiem w butelce alkoholu. Dlaczego to go tak cholernie kusi, dlaczego? Czyżby popadał w pierwszy symptom uzależnienia?
- O, a czemuż to? - jej pytania doprowadzały go do białej gorączki.
- Bo sens mojego życia uległ samozagładzie.
- Twoim sensem życia jest najdroższe wino?
- Nie, nie wino. Moim sensem życia jest wolna wola, swoboda. A tego póki co nie posiadam.
- Oj, Kadziewicz, Kadziewicz - słyszał te słowa już po raz enty, a denerwowały go z identycznym natężeniem. - Za swoje błędy trzeba płacić, czasami nawet i najwyższą cenę.
- Nie jestem mordercą ani złodziejem, nie zasługuję na traktowanie jak w więzieniu.
- Powiedz to swojemu trenerowi, a nie mi. Ja jestem tylko pionkiem w jego rękach.
- A nie mogłabyś być uległą w moich ramionach?
- A nie chciałbyś być za jakieś trzydzieści sekund po drugiej stronie?
Z każdym kolejnym dniem tracił wiarę na odzyskanie tego, na czym mu najbardziej zależało. Tęsknił za nocnymi balangami, tęsknił za upijaniem się do nieprzytomności, tęsknił za Kaśką, Dominiką, cholera wie, jaką jeszcze, za nimi wszystkimi, które padały przed nim na kolana, jakby był jakimś królem wszechświata. Pfu, tak właściwie, to on nim był. Był królem. Był panem olsztyńskich imprez, tutejszych małolatek pożyczających stringi od swoich niemoralnych matek, właścicielem najbardziej pożądanego ciała w mieście. Dlaczego miałby stracić to przez kaprys trenera? Nikt nie może zmienić jego charakteru, nikt nie może wtargać z brudnymi buciorami do jego żywota. A na pewno nie jakaś pierdolona kobietka, której zachciało się bawić w ochroniarza.
Wiedział, że porywa się z motyką na słońce. Wiedział, że nie będzie łatwo, że będzie to coś na wzór syzyfowej pracy. Ale do odważnych świat należy. A odwagi nie brakowało mu w ogóle, przynajmniej w tej chwili. Płuca domagały się nikotyny, przełyk piekącej cieczy, a sprzęt w dolnej partii jego mienia jakiejś obcej i naiwnej dziewczynki do niegrzecznej zabawy. Takich symptomów opanować już nie mógł. Zbyt mocno miotały jego ciałem, zbyt mocno drażniły wszelkie przelatujące myśli, aby mógł o tym zapomnieć.
Poczekał. Poczekał, aż ta cholerna baba wejdzie do łazienki z zamiarem oczyszczenia swojego ciała. Poczekał, aż puści gorącą wodę, która z łoskotem obijała się o dno wanienki prysznicowej. Poczekał, aż zacznie nucić swoją ulubioną piosenkę Madonny, która maltretowała jego uszy dzień w dzień. Błyskawicznie zrobił to, co do niego należało. Nawet nie wiedział, w którym momencie przesunął komodę pod drzwi kafelkowanego pomieszczenia, wygrzebał z kieszeni jej kurtki klucze od mieszkania, bo musiałaby być za mądra, aby nie popełnić jakiejś gafy, w tym przypadku ukrycia otwieracza, i wypadł z domu jak z procy. Może i dostanie manto, może i po raz kolejny będzie musiał spać na brzuchu. Ale nie pozwoli kobiecie odbierać mu prawdziwej męskości i solidarności. Bo w końcu z Łukasza Kadziewicza taki grzeczny chłopczyk jak z kozich cycków kastaniety.
- Dominika? Bierz towar i wpadaj do Red Night. Dzisiaj mam zamiar zabawić się tak, że jutro nie będę wiedział, jak się nazywam.
Wydostanie się z łazienki nie zajęło jej za dużo czasu, co najwyżej zabrało odrobinę siły. Nie w takich sytuacjach na egzaminach próbnych już się znajdowała. Większy problem miała z odnalezieniem środkowego. Nie należała do grona tajnych agentów, nie mogła zainstalować cudeniek namierzających osobę siatkarza w jego telefonie. A żałowała. Przynajmniej oszczędziłaby sobie mnóstwo czasu. Bo z nerwów nie miała co oszczędzać, była typową oazą spokoju. Tyle że czasami owa oaza potrafiła przyłożyć tak, że inny delikwent mógł się już z ziemi nie pozbierać.
- Mam nadzieję, że ci nie przeszkadzam, Kacperku.
- Nie, skądże, akurat przeglądałem motoryzacyjne gazetki. Coś się stało?
- Owszem. Bierz kilku z zespołu. Ruszamy na miasto do wszystkich najlepszych klubów.
- Niech zgadnę. Łukasz?
- Brawo. W nagrodę przypnę ci miano drugiego Kolumba.
- Akurat te swoje złośliwości mogłabyś sobie darować. Dobra, a jak go znajdziemy?
- Zadzwońcie i przyprowadźcie do mnie. Zrobię mu z dupy taką jesień średniowiecza, że największy terror francuski by mi tego pozazdrościł.
***
Jezuniu, dlaczego te rozdziały nie mogą być takie, jak je sobie wyobrażałam? Nic mi się w nich nie podoba, kompletnie nic. I zostawiłabym to, gdybym sobie nie obiecała, że wszystkie opowiadania będę kończyć. Nawet jeśli to będą największe gnioty, jakie ten świat widział.Przepraszam, że mam u was takie zaległości, ale mój kierunek studiów nie wybiera, zapierdzielam nie tylko przed sesją, zapierdzielam przez cały rok. Nadrabiam, jak tylko mogę, ale obawiam się, że taka sytuacja może trwać nawet do maja. Dziękuję tym, które zrozumieją.
Co wybieracie? Opowiadanie z Bąkiewiczem czy melancholijną historię z Panem Tajemniczym (siatkarzem, oczywiście), którego imienia i nazwiska nie zdradzę aż do końca? Piszcie w komentarzach. Start oczywiście po zakończeniu ochroniarza.
Resovia, Resovia, Resovia ♥