niedziela, 31 marca 2013

Cztery

Kadziewicz dałby sobie uciąć wszelkie kończyny, włącznie z najważniejszym sprzętem zamieszkującym majtki, że to jego była żona wpadła w niezapowiedziane odwiedziny z zamiarem opierdolenia go za brak zainteresowania Amelką i medialne wariactwa. Zdębiał, kiedy usłyszał kobiecy głos, w żadnym wypadku nienależący do Kamili. Seksowna chrypka zawarta w tym melodyjnym dźwięku wydobywającym się z gardła nieznajomej wywołała ugięcie jego kolan. Otrzeźwiał i wrócił z krainy marzeń dopiero wtedy, kiedy damski głos przestał wydobywać się zza drzwi łazienki. Sięgnął po parasolkę znajdującą się najbliżej jego dłoni i migiem wtargnął do kafelkowanego pomieszczenia.
- Ręce do góry! - wrzasnął, wymachując sprzętem chroniącym przed deszczem jak szalony.
Blondynka, trzymająca ręcznik tuż nad biustem, odwróciła się w stronę środkowego. Tylko imbecyl mógłby stwierdzić, że jest przerażona. Bynajmniej. Uniosła z wyraźną kpiną prawą brew do góry, zasysając dolną wargę.
- Chyba sobie żartujesz, chłopczyku - syknęła, mierząc go pogardliwym spojrzeniem. - Odłóż ten parasol, zanim zrobisz krzywdę swojemu świętemu dla sportu mieniu.
- Ja nie żartuję! - chwycił parasolkę w obie dłonie, zbliżając się do niewysokiej kobiety. - Wykonaj mój rozkaz. Już.
- Co tylko sobie życzysz, królewiczu - ręcznik z łoskotem spadł na podłogę. Tyle że oczom Łukasza nie ukazało się nagie, kobiece ciało. Ukazało się ciało odziane w perwersyjną bieliznę z pistoletem wplątanym gdzieś w naszywkę majtek. A przynajmniej był on tam wplątany, gdyż po chwili zagościł w smukłych dłoniach blondynki.
- Nadal uważasz, że ten antydeszczowiec to dobry pomysł?
Kadziewicz spiął się delikatnie, jednakże nie zwariował na umyśle na widok broni. Wpatrywał się w ciemny i wygrawerowany pistolet, oswajając się z jego kwintesencją. Pierwszy raz widział broń na żywo. I pierwszy raz chciał ją dotknąć, chociażby kosztem uszczerbku na zdrowiu tajemniczej kobiety. W mgnieniu oka doskoczył do przedstawicielki płci pięknej. Niestety, nie wiedział, że najprawdopodobniej popełnia w ten sposób kolejny błąd w swoim zakręconym życiu. Początkowo nic nie poczuł. Światło dobiegające z sufitu nieprzyjemnie raziło go po oczach. Minęło kilka sekund, aż zorientował się, że znajduje się w swojej łazience, na ziemi, ze stłuczoną kością ogonową, blondynką na brzuchu i bronią przy skroni. I, o dziwo, to przedostatnie w takiej sytuacji w ogóle mu nie przeszkadzało.
-I co? Było ci to do szczęścia potrzebne? - zeskoczyła z jego ciała, specjalnie wbijając paznokcie w skórę przedramion.
- Może niekoniecznie - przywrócił swoje mienie do pionu, intensywnie rozmasowując obolałą kość. Nici ze spania na plecach przed kilkanaście dni. - Ale jak ty zareagowałabyś na widok obcej osoby, która ni z gruszki, ni z pietruszki znalazłaby się w twoim mieszkaniu?
- Najprawdopodobniej powiesiłabym ją na sznurku od prania - narzuciła na siebie bokserkę i wciągnęła na nogi wojskowe spodnie. - Poza tym, ja nie jestem obca. Będziemy razem wegetować przez pewien okres czasu.
- To znaczy? - oczy Kadzia o mało co nie wyskoczyły z oczodołów i nie poturlały się pod umywalkę.
- Aż nie zmądrzejesz, panie gwiazdo.
- Co, będziesz moją niańką?
- Można tak powiedzieć. Lukrecja Śmiglewska, twój nowy i osobisty ochroniarz.
Nie wytrzymał. Wybuchnął tak gromkim śmiechem, że aż woda do golenia na półeczce się zatrzęsła. Ochroniarz? Na dodatek jako baba o krasnalim wzroście? Tego sobie nawet w najbardziej sadomasochistycznych snach nie wyobrażał. A było ich sporo.
- Mam rozumieć, że ma mnie chronić kobieta, która mogłaby uprawiać ze mną seks oralny na stojąco? Której centymetry kończą się w takim miejscu, gdzie mój tułów zaczyna? Nie, dziękuję, już wolę kogoś, kto naprawdę się do tego nadaje.
Po raz kolejny pożałował, tym razem swoich słów. Kto by pomyślał, że można zrobić siniaka jakąś gównianą mandarynką wycelowaną prosto w czoło.
- Posłuchaj, cwaniaczku - zbliżyła się na niebezpieczną odległość, chwytając go za koszulkę. A siłę w rękach to ona miała, nie można jej braku zarzucić. - Twoje farmazony i opinie znaczą dla mnie tyle, co cholerna mrówka ginąca po obcasem. Chcesz grać w swoją siatkóweczkę dalej? Nie masz nic do gadania. Ja wypełniam tylko obowiązki narzucone przez twojego trenera.
- Niech szlag trafi tego parszywca z Italii - warknął pod nosem, dorzucając jeszcze kilka bardzo nieładnych słów. - Po jakiego ciula mi ochroniarz? Nie mam dziesięciu lat, nie popuszczam w miejscach publicznych, nie wdaję się w bójki.
- Może i z wieku dorosły, ale mentalnością ciągle dzieciak z ciebie, Kadziewicz - wpieniła go tą frazą, jednak nie odważył się odpyskować. Jeszcze ucierpiałaby na tym jego męskość, a tego akurat nie chciał. - Pogódź się z tym, że potrzebujesz większej opieki niż ten przysłowiowy gówniarz. I będziesz go miał w mojej osobie.
- A nie dałoby się zamienić ochroniarza na jakiegoś innego?
- Przeszkadza ci moja osoba?
- Wręcz przeciwnie. Kusi, aby sprawdzić wytrzymałość mojego kuchennego stołu.
- Nie dla psa kiełbasa. Prędzej ty wylądujesz na tym swoim wymarzonym mebelku z kuchni.
- O, przejmiesz inicjatywę?
- Oczywiście. Obrobię cię tak, że następnego dnia będziesz wisiał w najbliższym rzeźniku jako świeży towar.

Środkowy z hukiem zatrzasnął za sobą drzwi do stołecznej hali sportowej. Zamaszystym krokiem maszerował do kantorka trenera, fukając niczym paw na Bogu ducha winnego kolegów, nie wspominając o rozkopaniu uporządkowanych kartonów, które, notabene, tarasowały jego ścieżkę do odzyskania godności. Nigdy by nie pomyślał, że Totolo może mu wykręcić taki numer. Dobrze, był chamski i bezczelny, był piątym kołem u wozu w olsztyńskiej drużynie, jeśli chodzi o dopasowanie, był imprezowiczem i cwaniakiem. Ale żeby od razu ochrona, na dodatek w babskim wymiarze? Prędzej spodziewał się bombowego ataku na ojczyznę niż takiego świństwa.
- O, Łukasz! - Tomaso powitał go z otwartymi ramionami, uśmiechając się szeroko. - Jak ci się podoba osobisty ochroniarz?
- Świetny jest, wręcz zajebisty - bąknął, zasiadając naprzeciwko trenera. - Szkoda tylko, że to jakaś cholerna baba o lilipucim wzroście i sile, jakiej pozazdrościłby jej jeden z tych śmiesznych superbohaterów.
- Czekaj, czekaj. Mieszka z tobą kobieta?! - i on był tym zaskoczony.
- No, od wczoraj. Przyszedłem tu właśnie w tej sprawie. Co ona tam, kurwa, robi, skąd ma klucze do mojego mieszkania i ile będzie w nim siedzieć?!
- Nie wiedziałem, że przyślą do ciebie dziewczynę, serio! Mówili tylko o kimś odpowiednim, adekwatnym do twojej sytuacji. Klucze dostała od zarządu, teraz już przynajmniej wiem, czemu, skubani jedni, chodzili tacy rozochoceni. A będzie w nim siedzieć tak długo, aż nie opanuje twojego charakteru.
- To żart, prawda? Nie godzę się na obcą babę w moich czterech kątach, mowy nie ma!
- Albo ona, albo koniec przygody w Olsztynie. Co wybierasz?
 Zamilkł. Postawił go między młotem a kowadłem. I co miał zrobić? Rzucić karierę? A potem tułać się po śmietnikach, kiedy cała kasa pójdzie na pierdoły?
- Miłej zabawy! - rzucił mu na odchodne Totolo, kiedy z trzaskiem zamknął za sobą front. Żeby, kurwa, wiedział, że będzie miło. Baba go sobie podporządkuje? Prędzej to on podporządkuje sobie ją. W łóżku na przykład, a co!

***
To jest tak beznadziejne, że nie mam po prostu słów. Wybaczcie, ale coś pisane przez jakieś trzydzieści minut nigdy nie będzie dobre.

Mimo, iż jeden dzień świąt praktycznie już minął, to ja i tak życzę Wam wspaniałej i rodzinnej atmosfery, smacznego jajka i miłego lepienia bałwanów w Lany Poniedziałek. Ewentualnie bitwy na śnieżki.

To z kim się widzę na Łuczniczce 28 czerwca? Yeeep, udało mi się zdobyć bilety na moją ukochaną trybunę C. *.* A teraz czaimy się na Ergo!

Gdyby komuś nie doszło powiadomienie, to i tu informuję, że na bliźniaczej insynuacji pojawił się pierwszy rozdział. Ja i Patexiątko serdecznie zapraszamy.