niedziela, 17 marca 2013

Dwa

Totolo wpatrywał się w nagłówek stołecznej gazety z niedowierzaniem. Wszelkie pesymistyczne emocje zostawiały piętno na jego twarzy. Ręce trzęsły mu się jak u osoby chorej na Parkinsona, z uszu wręcz buchała para, a oczy ciskały gromy. Wiedział, że w życie pozasportowe zawodników ingerować nie powinien, wiedział, że afrodyzjakiem Kadziewicza są wypady do klubów nocnych. Ale nie mógł pozwolić na libacje alkoholowe z kobietami lekkich obyczajów na dzień przed kolejnym meczem.
- Możesz mi wyjaśnić, co to jest? - rzucił magazyn na kolana środkowego, który i tak w tym samym momencie nie robił nic znaczącego.
- Jak to co? Zdjęcie, a ja na nim - odpowiedział mu z taką pogardą, jakby Tomaso dopadła pewnego rodzaju ułomność.
- Naprawdę? A tą panią z ręką na twoim udzie i butelkę mocnego trunku widzisz?
- Do czego trener zmierza? - wyraźnie wytrącony z równowagi podniósł wzrok na swojego szkoleniowca.
- Do tego, że marnujesz szansę, jaka została ci dana przez Boga!
- Przecież Boga nie ma - prychnął, ponownie zatapiając wzrok w swoich wydepilowanych łydkach.
Owa fraza wystarczająco dobitnie dotknęła Totolo. Trzasnął swoim zeszytem o podłogę, na której sam po chwili zagościł.
- Słuchaj no - zasyczał mu wprost do ucha. - Albo przestaniesz pić, palić i przynosić nam wstyd w ciągu sezonu, albo się pożegnamy. Chcesz stoczyć się na samo dno? Proszę bardzo! Tylko nie przychodź potem na kolanach i nie błagaj o przebaczenie!
Włoch, walcząc z purpurą na licu, opuścił salę treningową. Miał świadomość, że po raz kolejny marnował ślinę i nerwy. Bo Kadziewiczowi nawet groźbami nie można przemówić do rozsądku. Prędzej dogadałby się z Tajwańczykiem cząstkami zdań niż ze swoim zawodnikiem. A przynajmniej w ten sposób dosadny.

Muzyka przeszywająca całe ciało i dym papierosowy. Te dwa aspekty charakteryzowały to, co działo się za drzwiami szatni, w dodatku zamkniętymi na klucz. Jeszcze nikt nie odważył się złamać zasady dotyczącej palenia, jeszcze nikt nie odważył się zamknąć frontu i nie wpuszczać do niego zawodników. Niestety, musiał się w końcu trafić jeden rodzynek. Rodzynek o przeszło dwóch metrach, trzydziestce na karku i tatuażu na ramieniu.
- Kadziewicz! - Ferens walił pięściami w drzwi, starając się przekrzyczeć komputerową melodię. - Możesz otworzyć? Mi się do domu spieszy!
- To nic nie da - Hain wzruszył ramionami. - Siłą go nie wyciągniemy. Sam musi opuścić szatnię.
- I mam tu tak niby gnić, aż szanownemu Łukaszowi zachce się ruszyć dupę i odkluczyć? Mowy nie ma!
Wojtek błyskawicznie zrzucił przepoconą koszulkę na podłogę i dziarskim ruchem skierował się do prywatnego kantorka trenera. Z impetem zamknął za sobą hebanowe wejście i oparł się dłońmi o biurko Totolo.
- Coś nie tak? - odezwał się po chwili Włoch, mechanicznie odkładając telefon na bok.
- A owszem. Słyszy trener tę jazgotliwą muzykę?
Tomaso pochylił się nieco w kierunku wejścia, przekrzywiając głowę delikatnie w prawą stronę.
- Słyszę, i co w związku z tym?
Ferens był na skraju wybuchu. Wiedział, że jeśli po raz kolejny spóźni się na uszykowaną przez żonę kolację, będzie spał na niewygodnej kanapie, na co dzień obleganej przez psa. A tego nie chciał.
- To nie my ją puściliśmy. To Kadziewicz. Nie byłoby mnie tu, gdyby nasza szanowna gwiazda nie zamknęła się w szatni i  nie udawała, że jest pępkiem świata i los innych zawodników się dla niej nie liczy.
- Żartujesz! - Włoch podniósł się z miejsca tak gwałtownie, że aż biurko ledwo zauważalnie się zatrzęsło. Zamaszystym krokiem ruszył w kierunku miejscowego piekiełka, pod nosem wymieniając wszystkie możliwe synonimy do męskich i żeńskich narządów rozrodczych. Wyciągnął z kieszeni zapasowy klucz i z impetem otworzył drzwi, tak, że zawiasy ledwo utrzymały je na miejscu.
- Co to ma znaczyć, do cholery?! - zawarczał niczym rozwścieczony pies, wodząc wzorkiem wszędzie tam, gdzie popadnie. Jak na złość przed nosem wyrósł mu środkowy, z wypalającym się papierosem między wargami.
- O, no proszę. Przyszedł trener na zabawę? Jak miło. Tylko z góry mówię, że panienki przyjdą za jakieś piętnaście minut, Burdel-Mama nie chce ich wcześniej wypuścić.
Nie odpowiedział. Poczekał, aż pozostali zawodnicy, w międzyczasie mierząc Kadziewicza pogardliwym spojrzeniem, opuszczą szatnię wraz z swoim dobytkiem.
- Wyjdź stąd i nie pokazuj mi się na oczy, dopóki nie wydoroślejesz.
- Chce mnie trener wywalić? - prychnął mu prosto w twarz, najprawdopodobniej zostawiając na niej swoje DNA. - Mi to jest nawet na rękę. Nigdy nie podobał mi się ten kurewski Olsztyn.
Totolo nawet nie musiał mu dwa razy niczego powtarzać. Kadziewicz po prostu wyszedł, zostawiając w zadymionym i zapoconym pomieszczeniu zdruzgotanego szkoleniowca. Szkoleniowca, który poczuł się jak jakiś cholerny kamyk, którym można rzucać, kopać i Bóg wie, co jeszcze robić. Został zignorowany. Zignorowany i najzwyczajniej w świecie olany. Olany przez człowieka, który nigdy na coś takiego nie powinien sobie pozwolić.

- Jesteś tego pewien? - statystyk zadał to pytanie po raz enty, z nerwów wręcz wykręcając do granic możliwości palce.
- Nie mam wyjścia. Obiecałem sobie, że go postawię do pionu i przywrócę na właściwy tor. Niestety, sam nie dam rady - chwilowo zamilkł, kiedy po drugiej strony odezwał się facecik z biura ochroniarskiego.
- W czym mogę pomóc?
- Dzień dobry. Z tej strony Tomaso Totolo, trener olsztyńskiej drużyny w piłce siatkowej. Potrzebuję waszej pomocy.
- Mianowicie?
- Szukam osoby, która mogłaby zająć się moim zawodnikiem.
- Zająć? Ma go niańczyć?
- Nie w taki sposób. Ma go ograniczać w robieniu głupot, zabierać niedozwolone używki, nie pozwalać balować na dzień przed meczem. Ma mu pomóc w pewien sposób się ustatkować.
- Niech się pan nie martwi. Posiadamy idealnego ochroniarza do pańskiej nieciekawej sytuacji. I zapewniam, że w żaden sposób pańskiemu zawodnikowi nie ulegnie.
- A skąd ta pewność?
- Bo nawet ja od tej osoby oberwałem za niedotrzymywanie obietnic. Mimo tego, iż jej szefuję.


***
Dobra, koniec takich króciutkich rozdziałów i koniec pierdół. Bierzemy się w końcu za normalne pisanie,a nie pierdolenie kotka za pomocą młotka.

Moje zaległości na waszych blogach mnie po prostu przerażają. Hm, dwa dni w tym nadchodzącym tygodniu mam wolne, wtedy to postaram się wszystko nadrobić.

Zostanę starą panną z kotem. W tym świecie już nie ma normalnych facetów, są bezduszni skurwiele. 

Tak dla ścisłości - ja osobiście uwielbiam Olsztyn, to tylko opinia złego Kadzia. :)