- Hain! - wywołany przez niego zawodnik momentalnie pojawił się po jego prawicy. - Nie wiesz może, gdzie Kadziewicz?
- Niestety, trenerze - mruknął Piotrek. - Nie rozmawialiśmy, ba!, nie widzieliśmy się od dwóch dni.
Totolo, słysząc owe słowa, machnął na chłopaka ręką i nakazał powrócić do rozgrzewki. Wiedział, że Łukaszowi niełatwo przemówić do rozumu. Wiedział, że gracz o takim stażu raz na jakiś czas musi sobie pogwiazdorzyć. Ale nie sądził, że będzie miał z nim problemy częściej niż z dzieciakiem, który popuszcza w miejscach publicznych i przy dużym natężeniu ludności. I to nie byle jakie problemy. Problemy, które we współczesności dotyczą przeważnie wchodzących w okres buntu nastolatków, a nie facetów po trzydziestce.
Huk w okolicy głównego wejścia na halę zmusił Tomaso do zwrócenia wzroku w owym kierunku. Poczuł, jak tonowy głaz spada mu z serca. Przyszedł. Na całe szczęście.
Łukasz, na którego twarzy gościł krzywy uśmiech, nawet nie bąknął przeprosin w kierunku trenera. Rzucił torbę, która ślizgając się po podłodze, wylądowała pod koszem z piłkami, zaczesał palcami włosy i zasiadł na boisku. Nie rozciągał się, o nic nie pytał kolegów z drużyny. Milczał. Milczał, wpatrując się w swoje ogromne dłonie.
- Kadziewicz! - donośny krzyk Totolo zmusił go do spojrzenia na mężczyznę.
- Czego? - warknął po włosku. Na jego twarz wpłynęła marsowa mina.
- Ty mi się jeszcze pytasz? Nie dość, że spóźniasz się na trening po raz enty, to w dodatku zbijasz na nim bąki! Czy tobie w ogóle zależy na jutrzejszym meczu, czy przychodzisz na niego ot tak, na odpiernicz?
- Korki były w mieście - mruknął pod nosem, wyłamując palce.
- Korki? - Tomaso zbliżył się do środkowego. Od razu wyczuł gryzącą woń papierosów i damskich perfum. - Chyba do domu publicznego.
Odwrócił się od Łukasza, nie chcąc wysłuchiwać jego maltretujących bębenki uszne przekleństw w dwóch językach. Wiedział, że będzie się z nim ciężko pracowało. Ale nie wiedział, że aż tak.
Żółto-niebieska Mikasa po raz ostatni dotknęła pomarańczowej płyty boiska. Gwizdek sędziowski rozprzestrzenił się po hali, zakończając spotkanie. Spotkanie, które olszyński zespół przegrał z kretesem, nie zdobywając nawet jednego seta. Zakończył kolejny tydzień z identycznym, czyli zerowym, zarobkiem punktowym. Liczono na jakiekolwiek przełamanie, chwilową, słabszą grę Politechniki. Niestety, według popularnego wyrażenia, nie dla psa kiełbasa.
Siatkarze Indykpolu ze spuszczonymi głowami i smutkiem w oczach odbywali pomeczowe rozciąganie, No, może nie wszyscy. Jeden wyjątek wytorpedował na trybuny, do dwóch prześlicznych kobiet eksponujących swoje kształty.
- Znowu? - zadał jakby samemu sobie to pytanie Totolo.
- Jest w swoim żywiole, to widać - do mentalnej wymiany poglądów dołączył się również i Ferens.
- W żywiole to on powinien być na boisku, a nie poza nim.
Trener, kompletnie ignorując zasady prywatności, błyskawicznie znalazł się przy Łukaszu. Porządnie szarpnął go za rękaw, a w następstwie zgromił lodowatym spojrzeniem.
- Raczysz wrócić na parkiet? - syknął, starając się utrzymać swoje nerwy na wodzy.
Kadziewicz uśmiechnął się ironicznie i biorąc swoje koleżanki pod ręce, opuścił publiczne pomieszczenie. Zostawił Tomaso w fazie wściekłości, a zarazem i zakłopotania. Od kiedy to zawodnik pomiata trenerem, a nie trener zawodnikiem? Od kiedy to zawodnik rozstawia trenera po kątach, a nie trener zawodnika? Od kiedy to role tak diametralnie wymknęły mu się spod kontroli? Nie wiedział. Ale wiedział, że musi coś z tym zrobić. I to w błyskawicznym tempie.
***
Nigdy nie lubiłam pisać tych pierwszych rozdziałów. Po pierwsze - nic się nie klei, po drugie - bezsensowne klepanie, po trzecie - styl pisania jak w podstawówce, po czwarte - cholernie krótkie.To opowiadanie będzie pisane w narracji trzecioosobowej. Trzeba przetestować wszelkie swoje możliwości.
Spokojnie, Lukrecja wkroczy w swoim czasie. :)
To z kim się widzę dzisiaj na Łuczniczce? *.*
A, bo bym zapomniała - jakiś tam spalski pierdolnik napisany z żoną, niedługo coś powinno się pojawić, o tutaj.