czwartek, 27 czerwca 2013

Dziewięć

- Kadziewicz, czy ty się na pewno dobrze czujesz? – Ferens obserwował swojego kolegę w szatni od dobrych dwudziestu minut, tym samym kompletnie zapominając o swoich troskach i żonie czekającej z kolacją. Nie pierwszy raz, i zapewne nie ostatni.
- Wyśmienicie – wyjąkał, nawet nie podnosząc wzroku na pytającego kolegę. Nie tyle dlatego, że nie chciał. Po prostu nie miał na to siły. – Dlaczego pytasz?
- Bo wyglądasz, jakbyś dopiero co wyczołgał się spod walca, który, de facto, nie potraktował cię ulgowo. W dodatku dłonie ci się nieco trzęsą.
- Złudzenie.
- Twoje czy moje?
- Nie irytuj. Zmęczony jestem, i tyle.
- Zmęczony? Przecież trenowaliśmy zaledwie czterdzieści minut.
- Dla mnie to i tak dużo.
- Od kiedy?
- Od, kurwa, wczoraj.
Zamilkli, nie wiedząc, co tak naprawdę powiedzieć. Wojtek wolał stulić dziób i nie ingerować w tę sprawę jeszcze dosadniej, bo z taką samą dosadnością za kilka chwil mógł oberwać w zęby i zbierać ich resztki z podłogi. Łukasz z kolei, na całkowitym głodzie nikotynowym, który odbierał mu sens istnienia i całej tej magii egzystencji w świecie, ani myślał wypaplać cokolwiek na temat swojej tymczasowej troski. Może i ani myślał. Ale ciało i spragnione płuca, oczywiście paradoksalnie, wertowały wiadomości aż w nadmiarze.
- Masz fajki? – nawet nie wiedział, w którym momencie to pytanie przepłynęło przez jego usta.
- Nie mam, przecież nie palę. Nikt nie pali. No, za wyjątkiem ciebie.
- Byłbyś tak miły i skoczył po nie do tego sklepu obok hali?
- Czy ja, kurwa, wyglądam na lokaja?
- A czy chcecie uczestniczyć w moim pogrzebie, jeśli to ja się po nie ruszę?
- Żona na mnie czeka.
- Żona nie zając, nie ucieknie.
- Żebyś się, cholera, nie zdziwił.
- Tak jak ty, kiedy przed swoim domem zobaczysz mój nekrolog. To jak?

Kontrolowanie siatkarza w niektórych miejscach, takich jak na przykład hala sportowa, nie miało dla niej sensu. Nie żeby jej się nie chciało. Nie żeby jej zabraniano. Ale chybaby musiała zmienić płeć, ewentualnie obciąć się na łyso i zdjąć babskie ciuchy z ciała, aby dostać się do większości pomieszczeń, gdzie zawodnicy płci męskiej mieli jakikolwiek dostęp. Że już o kabinach prysznicowych nie wspominając.
- Luki, ty jeszcze tutaj? – z chwilowego amoku wyrwał ją głos przyjmującego o niebieskich oczach.
- Niestety. Taka już moja praca.
- I naprawdę musisz tak czekać na niego? Przez cały czas pilnować to babiarskie mienie?
- Też ci przykro z tego powodu?
- Cholernie. Rzuć to, zanim nie jest za późno.
- Niby na co?
- Sama się przekonasz, zapewniam.
Nie wybiegała myślami i całym tokiem myśleniowym zbyt daleko. Wiedziała, co miał na myśli. Ale on nie wiedział, że już się o tym przekonała.
Obserwowała go z coraz większym zainteresowaniem. Właściwie największym obiektem obserwacji stała się paczka papierosów dziergana przez niego w prawej dłoni. Zmrużyła oczy. Nigdy nie palił, nigdy nie wychodził od razu po treningu po fajki. Skąd wiedziała? Codzienne czekanie przed szatnią na Kadziewicza zobligowało ją do posiadania takich informacji.
- Od kiedy ty palisz? – zaczepiła go jak z automatu. Chyba nawet zbyt agresywnie, gdyż paczka prawie że wyślizgnęła się spomiędzy jego długich palców.
- E, od dawna – odpowiedział. Tyle że na jej gust o wiele za szybko. Za szybko jak na prawdomównego.
- Może się podzielisz ze mną? Zajaramy sobie razem?
- No pewnie – tym razem nie wyrzucił tego z siebie w tempie błyskawicy. Wręcz przeciwnie, ślamazarnością zapewne pobił żółwie z olszyńskiego zoo.
Trzymała pomiędzy wargami już trzeciego papierosa, podczas gdy on nie ruszył ani jednego. Lubiła palić, tak bardziej okazyjnie. A Ferens? Trudno powiedzieć, gdyż nawet nie spróbował.
- Poleciałeś po nie specjalnie do sklepu, a teraz się nie skusisz nawet na fajeczkę? – prowokowała. Od zawsze była w tym mistrzynią.
- Jakoś nie mam ochoty.
- To po co je kupowałeś teraz?
- E, już tak na zapas.
- Doprawdy? – dmuchnęła dymem w jego twarz, na co machinalnie zaczął kasłać. I tak ma się zachowywać rasowy palacz? – Co ty nie powiesz?
Widziała wszystko. Rosnące zażenowanie, zaczerwienione policzki, spuszczony wzrok, skrzyżowane nogi. I wiedziała wszystko. Wiedziała, że Łukasz maczał w tym palce. Nawet nie musiała prosić o wyjaśnienia. Sam zainteresowany zrobił to za nią?
- Do kurwy nędzy, Ferens, stoisz tu jak ten słup, zamiast od razu dać mi te cholerne fajki! – wyskoczył nabuzowany z szatni, przy okazji rozwalając kartony stojące przy wejściu. Spasował, ba!, znieruchomiał i wpadł w fazę szoku kilka sekund później. Aż tak trudno było ją zauważyć? - Kobieto, ty nie rozumiesz. Ja muszę zapalić!
- Ty nic nie musisz, ty możesz. To ja muszę pilnować, abyś tego nie robił.
- Nawet cierpienie z głodu nikotynowego cię nie przekona?
- Nie płacz, Kadziu, dostaniesz w ramach rekompensaty zupełnie inne cierpienie i zapomnisz o poprzednim. Widzisz, jaka ja jestem dobra?
- Cudowna. Mogliby zatrudnić cię w Caritasie, abyś zamieniała ziemniaki na kamienie.

***
Boże, dlaczego to wszystko się tak ciągnie?
To opowiadanie chyba naprawdę żyje swoim rytmem, robi mi wszystko na opak.
I chyba naprawdę będzie długie.

Czas na spełnianie marzeń!
Łuczniczko, Ergo Areno – nadchodzę!
I mam zamiar świetnie się bawić!
POLSKA ♥

Pati, pomacham ci, w ramach osobistej rekompensaty. :*